poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Rozlewanie drugiej warki - domowy stout

Zgodnie z obietnicą złożoną na facebookowej stronie Piwosza, zapraszam Was na krótką relację dotyczącą drugiego rozlewu piwa.


Nasz domowy stout, którego nazwaliśmy "Panie, ja stoutem tu wcześniej", został uwarzony z gotowego zestawu produktów. Każdy niedoświadczony piwowar domowy musi wiedzieć, że w takich paczkach nie ma surowca do refermentacji, czyli końcowego nasycania piwa dwutlenkiem węgla. Aby proces ten sprawnie przeprowadzić, należy skorzystać z cukru, glukozy lub ekstraktu słodowego. Pierwszy ponoć może dać posmak bimbru, drugi jest neutralny ale mniej wydajny, a trzeci najdroższy i najmniej opłacalny. Kopyr w swoim cyklu radzi, aby się nie zastanawiać, tylko sypać nasz polski, biały cukier. Różnica w smaku żadna, a cena atrakcyjna. W dodatku łatwo się rozpuszcza i nie brudzi. Biorąc pod uwagę jego doświadczenie, można założyć, że nie rzuca słów na wiatr. Ja jednak postanowiłem, że jak już tracę masę wolnego czasu, to będę piwo robił tak jak należy, według prawa czystości, czyli wyłącznie ze "szlachetnych" składników.


Przy drugim rozlewie bardzo sprawnie poszło mi przygotowanie ekstraktu. Biorąc pod uwagę jego formę oraz właściwości (drobny i słodki proszek, oblepia wszystko czego dotknie), należy działać szybko i zdecydowanie. Opracowałem do tego swój własny sposób - ważę surowiec na papierowym ręczniku, z którego łatwo można przesypać do garnka. Całość wygląda trochę jak zagęszczanie sosu mąką. Potem jest już z górki - sprężynowy zaworek na końcu rurki do rozlewu kolejny raz mnie nie zawiódł. Nie chcę zapeszać, ale wcześniej myślałem, że to raczej "jednorazówka" - mam nadzieję, że byłem w błędzie. Warto jeszcze napisać, że wypełnianie butelek warto wykonywać z czyjąś pomocą. Idzie szybciej i mniej bałaganu przy tym powstaje. Ręczna kapslownica dwuramienna spisuje się bardzo dobrze. Co więcej, jej obsługa jest naprawdę łatwa - wystarczy powiedzieć, że Marta złapała za nią z doskoku i pod moją opieką szybko zakapslowała kilka egzemplarzy.


Najgorsze jest jednak to, że piwo niezbyt mi posmakowało. Przy przelewaniu na fermentację cichą było naprawdę świetne, mocno kawowe, słodowe. Potem jednak nabrało strasznie kwaśnego posmaku. Dobrze, że była przy mnie Marta, która uspokajała, że wszystko jest OK. Po tygodniu leżakowania stout znacząco się poprawił. Szczególnie pyszne są pierwsze łyki, gdy intensywny smak kawy bierze górę nad całością. Potem piwo staje się bardziej wytrawne i kwaśne, aczkolwiek mieści się w granicy dobrego smaku. Zapach jest jeszcze mocno drożdżowy, nasycenie symboliczne, choć już się pieni. Daję naszemu stoutowi co najmniej tydzień w butelkach. Powinien się przez ten czas lepiej wyklarować, zrównoważyć w smaku i nabrać większej ilości bąbelków. Nauka z tego warzenia jest jedna - trzeba pomyśleć nad dobrym pojemnikiem do utrzymywania temperatury fermentacji. Brak odpowiednich warunków prowadzi do mniejszych lub większych odchyleń w smaku, a przecież szkoda warzyć marne piwo. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza