niedziela, 14 lipca 2013

Drugie warzenie piwa - relacja

Po "Pierwszym razie w pszenicy" w końcu nadszedł czas na naszą drugą warkę - jakoś trudno zebrać mi się do tego dość czasochłonnego i męczącego procesu. Mimo wszystko, satysfakcja po nastawieniu brzeczki jest olbrzymia. Tym bardziej, że teraz wszystko przebiegło sprawniej i mniej nerwowo. Dlatego nie będę już opisywał całego sposobu warzenia, który znajdziecie w jednym z poprzednich postów (pierwsze warzenie piwa - poradnik i relacja), dzisiaj skupię się na najważniejszy zmianach i nowych spostrzeżeniach.


Sprawa pierwsza, czyli nowy termometr. Naprawdę ciekawy, ze względu na fakt, że sonda jest na kablu, a jednostka główna oferuje funkcję alarmu i minutnika. Całość raczej tania oraz tandetna, o czym przekonałem się, gdy od razu urwała się rozkładana podstawka. Potem urządzenie w ogóle oszalało i zaczęło podczas chłodzenia brzeczki wskazywać losowe temperatury od 50 do 90 stopni. Zdążyłem już zgłosić je na gwarancję, chociaż dzisiejsze test wskazują, że znowu działa dobrze. Trochę trudno zaufać termometrowi żyjącemu własnym życiem, ale dam mu jeszcze jedną szansę. Przy drugiej warce znowu musieliśmy korzystać z pożyczonej sondy - dbanie o odpowiednie warunki dla drożdży jest naprawdę ważne i nie polecam nikomu warzenia piwa bez odpowiedniego sprzętu.



Sprawa druga, czyli spokój ducha. Przy pszenicznym nie uwzględniłem jednej, bardzo ważnej rzeczy - piwo musi się schłodzić. Jeśli nie dysponujemy spiralną chłodnicą zanurzeniową o dużej powierzchni, tylko tak jak ja - wkładamy garnek do wody, trzeba liczyć że zmniejszenie temperatury zajmie dwie lub trzy godziny. W tym czasie można spokojnie zdezynfekować fermentor i uwodnić drożdże. Niestety, wspomniana chłodnica będzie przy kolejnych stylach wymagana. Dlaczego? Ponieważ bez niej trudno schłodzić brzeczkę poniżej temperatury pokojowej. Chyba, że przy użyciu dużej ilości lodu, co jednak nie jest ani tanie, ani wygodne. Pozostaje jeszcze mrożenie wody potrzebnej do rozcieńczenia - spróbuję następnym razem.


Sprawa trzecia, czyli stres związany z drożdżami. Za pierwszym razem uwodniłem je zdecydowanie za wcześnie. Przez to spieniły się tak, że wręcz wyskoczyły ze szklanki, a ja ciągle myślałem o ich kłaczkowaniu. Oczywiście, była to totalna głupota, bo to inny rodzaj, który nie zachowuje się w ten sposób. Przy drugiej warce martwiłem się z kolei, czy nie rehydratyzowałem ich zbyt późno - ze względu na mniejszą temperaturę w zasadzie wcale nie zaczęły pracować. Całe szczęście, po 12 godzinach pojawiła się na brzeczce piękna piana otoczona dwutlenkiem węgla. Wniosek jest więc prosty - drożdże nie są aż tak bardzo delikatne, żeby obchodzić się z nimi jak z jajkiem. Szczególnie te górnej fermentacji, które mnożą się nawet w niesprzyjających warunkach.


Sprawa czwarta, czyli zapachy słodu oraz chmielu. Wierzcie lub nie, ale różnice są ogromne. Specjalnie zostawiłem sobie małe próbki surowców z pierwszego warzenia, tak aby porównać je z nowymi. Słody z ciemnych ekstraktów palonych dają podczas gotowania niezwykle mocny zapach kawy zbożowej. Zupełnie inny, niż przy pszenicznym, nad którym unosił się aromat świeżego pieczywa. Jeszcze większe, ale zdecydowanie bardziej subtelne różnice są w chmielu. Niemiecki Tradition jest ziołowy, natomiast nasza polska Marynka zdecydowanie słodsza i łagodna. Takie niuanse dobitnie pokazują, że piwo to coś więc niż tylko przypadkowa mieszanka suszonych zbóż i przypraw.


Tak w skrócie wyglądało nasze drugie warzenie piwa. Trzymajcie kciuki, żeby stout pod tytułem "Panie, ja stoutem tu wcześniej!" był jeszcze lepszy od dziewiczego pszenicznego. Więcej zdjęć z przygotowania warka na facebooku Piwosza Domowego.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza