niedziela, 28 lipca 2013

Na szybko: Namysłów Pils, Zamkowe i relacja z Podlasia

Właśnie wróciliśmy z naszej kolejnej wyprawy na Podlasie. Pomijając liczne atrakcje urlopowe, nie obyło się bez kilku wesołych degustacji piwa - tego znanego i lubianego oraz nowego, które akurat wpadło w nasze ręce.


Być może to wstyd, ale dopiero teraz spróbowałem wyrobów z Browaru Namysłów. Wiele osób mówiło mi, że warto, ale ja zawsze miałem coś lepszego do wypicia. Można powiedzieć, że lepiej późno niż wcale, choć to chyba nie do końca trafne spostrzeżenie. Namysłów Pils jest piwem niezłym, zrównoważonym, aczkolwiek mało chmielowym. Od pilznera chciałoby się więcej charakterystycznej goryczki. Pomijając ten mankament, opolskie produkt dopisuję do listy tych, których jeszcze spróbuję. Gorzej z Zamkowym, które jest tańszą marką Namysłowa. Piłem wersję Export oraz Mocne. Oba w aromacie raczej tanie i niezachęcające, a w konsystencji dość wodniste. Jedyne co mi pasowało to mocna, niespotykana w Polsce słodowość, która wręcz wpadała w słodycz. Poza tym Zamkowe skojarzyło mi się z Królewskim, nawet krój czcionki wydaje się podobny, choć nasz mazowiecki browar smakuje mi zdecydowanie lepiej.


Mogłoby się tak wydawać, ale urlop to nie tylko picie piwa. W okolicy naszego kempingu znajdował się punkt o wdzięcznej nazwie "Meble z Zachodu". Tam, pośród zakurzonych kredensów rodem z Holandii, stały kartony wypchane po brzegi szkłem wszelkich kształtów i rozmiarów. Czułem się jak w sklepie z zabawki - wygrzebałem sobie jedną rozłożystą szklankę oraz dwa pokale. Wszystkie markowane: poczynając od Safira, poprzez specjalną edycję Heinekena, a kończąc na La Blonde de Han. Będą jak znalazł do bardziej egzotycznych marek oraz gatunków piw. Jedyne co mi się nie podoba to ich licha pojemność, dochodząca do okolic 0,33 ml. Biorąc jednak pod uwagę, że cały zestaw kosztował 1,50 zł... Nie będę narzekał, szczególnie że piwa z Beneluxu nalewane są do małych butelek.


Sprawa ostatnia, czyli piwne zakupy. Pomijając opisany powyżej Namysłów, raczej bez rewelacji. Pierwszego dnia wyjazdu zajechaliśmy do Kauflandu, gdzie w oko wpadło mi pszeniczne pod szyldem Stephans Bräu. Nie często można dostać piwo w tym stylu (hefeweizen) i cenie w okolicach 3 zł. Potem dołożyliśmy do niego Premium Pilsnera oraz Cola Beer dla Marty. Nie spodziewam się rewelacji, w końcu są to marki rozlewane dla sieci, ale i tak cieszę się z zakupu, bo jeszcze ich u nas nie widziałem. Oceny już niedługo na blogu. Ja tymczasem kończę i zabieram się za butelkowanie naszego domowego stouta!

PS. W tle szklanek dwie tradycyjne, holenderskie butelki na alkohol. Niestety puste.

Źródło obrazka: http://www.namyslow.com.pl/

poniedziałek, 22 lipca 2013

Ocena: Pan tu nie stał (Czarny Kot)

Czarny Kot z Radomia to taki trochę kocur w worku - niby Browar Zamkowy, niby tradycyjny, a jednak rozlewany dla Dionizosa. Nie żeby się czepiał, ale ten podmiot ciągle kojarzy mi się z "Pieniądze to nie wszystko" i filozoficznymi nazwami dla tanich win. Pomijające tę małą dygresję, Pan tu nie stał to napitek na wskroś oryginalny - począwszy od nietypowego opakowania, a skończywszy na niebanalnym smaku.


Do rzeczy:
Kolor: Tak powinno wyglądać pełne jasne - pod światło złote, a w cieniu bursztynowe, wpadające w pomarańcz. Zupełnie klarowne i bardzo zachęcające.
Piana: Niewysoka ale bardzo drobna. Tak jak się spodziewałem, szybko zredukowała się do szczątek pływających po powierzchni. Mimo tego, dziarsko oblepiała szklankę.
Zapach: Nawet z butelki czuć... palone słody. Być może były to omamy, ale zarejestrowałem tutaj aromaty karmelowe oraz kawowe - oczywiście, w umiarkowanej jak na ten styl, intensywności.
Smak: Pochodna zapachu. Pan tu nie stał skojarzyło mi się z lekkim IPA - mocny słód równoważony jest ciekawą, aczkolwiek lekką goryczą i gorzkością chmielu. Na minus można zaliczyć wyraźny posmak maślany, czyli diacelyt.
Wysycenie: Jak na polskie normy średnie lub niskie. Dobrze koresponduje ze smakiem. W konsystencji piwo jest pełne, lekko wytrawne, ale nie ściągające.
Opakowanie: Prawdziwa bajka - zwykła butelka, z równie przeciętnym, czarnym kapslem, zawinięta w "gazetę" rodem z PRL-u. Nie wiem tylko, dlaczego akurat wydanie ze Śląska, a nie Mazowsza. Tak czy inaczej - jedyne w swoim rodzaju.


Pan tu nie stał, jako seria niejako kolekcjonerska, jest mało znane i niezbyt chwalone. Dlatego byłem zdziwiony niezwykle wysoką jakością tego piwa. Szczególny nacisk należy położyć na jego nietypowy smak, który zupełnie nie wpisuje się w krajowe trendy. Limitowany Czarny Kot jest dobrze przemyślany i przez to bardzo pijalny. Warto kupić, chociażby dla samej zabawy związanej z rozpakowywaniem, choć w środku czai się niespodzianka jeszcze większa.

Ocena: 4+/5 (wada smakowa obniżyła ocenę ale i tak gorąco polecam) 

czwartek, 18 lipca 2013

Ocena: Pilsweiser Lach

Nareszcie udało mi się otworzyć pierwsze z pięciu piw, które prosto z gór przywiózł mi brat. Zacząłem od Lacha, którego nazwa ciągle kojarzyła mi się z łachem lub równie miłym dla podniebienia Lechem. Całkowicie nietrafnie, bo mocne z Pilsweisera okazało się niespodziewanie pijalne.


Do rzeczy:
Kolor: Ciemne złoto lub bardzo jasny bursztyn - co kto woli. Trunek jest całkowicie przejrzysty. Biorąc pod uwagę wysoki ekstrakt oczekiwałem piwa bardziej czerwonego, co nie znaczy, że ten kolor jest zły.
Piana: W zasadzie zerowa. Piwo degustowałem mocno schłodzone, ale to nie tłumaczy braku piany. Mocne mieszanie wzbudzało niewielki kożuch utrzymujący się na powierzchni dosłownie kilka chwil.
Zapach: Na pierwszy "niuch nosa" chmielowy. Potem mniej przyjemny, trudny do opisania - trochę metaliczny, związany z jakością użytej wody. Znad szklanki głównie słody, przy dolnej krawędzi również, z małym dodatkiem nut owocowych.
Smak: Piwo dość słodowe, ale szybko wpadające w dość charakterną, choć niezbyt dokuczającą goryczkę. Na finiszu mało męczące, niezbyt kwaskowate. Alkohol majaczy gdzieś w tle, ale jak na tę moc, piwo wydaje się świetnie zrównoważone.
Wysycenie: Raczej małe, bąbelki z wolna unoszą się ku górze szklanki. Moim zdaniem mogłoby być wyższe, ale jego poziom trudno ogólnie określić jako wadę.
Opakowanie: Tak jak oglądam swoją półkę, widzę że każdy Pilsweiser wygląda podobnie, również pod względem opisów. Lach oprawą nie porywa, etykieta jest prosta, ale podoba mi się żółte tło - mało tego koloru wśród rodzimych browarów. Ciekawie prezentuje się także symboliczna krawatka, która robi za coś w rodzaju plomby. Kapsel niemarkowy, znany z piw domowych.

Biorąc pod uwagę ekstrakt oraz moc - Lach to niezłe piwo. Na pewno lepsze od licznych "zabójców" w okolicach 7%, których pełno w naszych supermaketach. Niestety, trudno przejść obojętnie obok tragicznej piany i moim zdaniem, słabego wysycenia. Mimo wszystko, trochę na zachętę, mogę pierwszy styl od Pilsweisera ocenić całkiem wysoko. Jak będziecie mieli okazję, to próbujcie bez obaw o zdrowie i samopoczucie. No chyba, że lubicie spijać smaczną, białą koronę - wtedy odpuście.

Ocena: 4-/5 (Mocne i dobre - połączenie rzadko spotykane, choć nie bez wad)

PS. W tle amerykański "gangster", który ma ochotę na mojego Lacha...

poniedziałek, 15 lipca 2013

Ocena: Guinness Original

Dzisiaj spotkanie z legendą - Guinness to symbol irlandzkiego piwa i modelowy przykład stouta, ciemnego stylu z Wysp. Kiedyś pijałem często, teraz rzadziej i chyba przez to nie mam do niego szczęścia. Ostatni puszkowany Draught był chyba przeterminowany, bo jego nabój azotowy nie wzbudził żadnej piany. Natomiast bohater niniejszej oceny - mało oryginalnie zwany Original - po prostu wystrzelił mi spod kapsla.


Do rzeczy:
Kolor: Po prostu perfekcyjny - piwo jest czarne i nieprzejrzyste. Oglądając pokal pod światło można wydobyć faktyczną, ciemno czerwoną, brunatną barwę napitku.
Piana: Trudno ocenić, bo jak wspomniałem, poszła spod kapsla. Szczątkowa piana w szklance była brązowa i zaskakująco gruba. Zniknęła nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.
Zapach: Przy pierwszym sprawdzeniu niespodziewanie chmielowy, potem wpadający trochę w nieprzyjemny aromat "butelkowy". Nad krawędzią szklanki czuć słód, Marta zidentyfikowała wyraźne nuty karmelowe.
Smak: Palone słody dają o sobie znać - Guinness z ledwo zauważalnej słodyczy szybko przechodzi do gorzkiej kawy zakończonej lekko kwaśnym finiszem. Jak na piwo ciemne, jest ono bardzo, bardzo dobrze zrównoważone - jego treściwość nie męczy, przez co można je pić w dużych ilościach.
Wysycenie: Pomimo przejścia przy otwieraniu, stosunkowo wysokie jak na ten klimat. Czuć piwo w ustach a po napowietrzeniu staje się ono zauważalnie aksamitne. Dodam jeszcze, że miło rozgrzewa przełyk i nie jest to zasługa alkoholu.
Opakowanie: Chyba trudno napisać coś złego o jakimkolwiek opakowaniu Guinnessa. Każdy produkt tej marki jest stylowy i od razu wpada w oko. Skrytykuję jednak Grupę Żywiec (importer) za to, że do sklepów w mojej okolicy dostarcza tylko butelki 0,33 ml. 

Tak jak mówiłem, Guinness to wzorzec stouta - ten gatunek taki właśnie jest. Mogę przy okazji tej konkretnej butelki wskazać problem z pianą oraz niezbyt zachęcający zapach, ale był to prawdopodobnie efekt przegrzania piwa. Pomijając ten szkopuł, Original pozostał piwem świetnie zrównoważonym i bardzo pijalnym. Polecam każdemu, kto odbił się od mocniejszych i znacznie bardziej charakternych koźlaków dubeltowych lub rodzimych porterów. Ponieważ ja lubuję się w nich bardziej niż w stoutach, tym razem obniżę ocenę o pół oczka. 

Ocena: 4+/5 (stout jak się patrzy, choć chyba zbyt przystosowany do masowego odbiorcy)

niedziela, 14 lipca 2013

Drugie warzenie piwa - relacja

Po "Pierwszym razie w pszenicy" w końcu nadszedł czas na naszą drugą warkę - jakoś trudno zebrać mi się do tego dość czasochłonnego i męczącego procesu. Mimo wszystko, satysfakcja po nastawieniu brzeczki jest olbrzymia. Tym bardziej, że teraz wszystko przebiegło sprawniej i mniej nerwowo. Dlatego nie będę już opisywał całego sposobu warzenia, który znajdziecie w jednym z poprzednich postów (pierwsze warzenie piwa - poradnik i relacja), dzisiaj skupię się na najważniejszy zmianach i nowych spostrzeżeniach.


Sprawa pierwsza, czyli nowy termometr. Naprawdę ciekawy, ze względu na fakt, że sonda jest na kablu, a jednostka główna oferuje funkcję alarmu i minutnika. Całość raczej tania oraz tandetna, o czym przekonałem się, gdy od razu urwała się rozkładana podstawka. Potem urządzenie w ogóle oszalało i zaczęło podczas chłodzenia brzeczki wskazywać losowe temperatury od 50 do 90 stopni. Zdążyłem już zgłosić je na gwarancję, chociaż dzisiejsze test wskazują, że znowu działa dobrze. Trochę trudno zaufać termometrowi żyjącemu własnym życiem, ale dam mu jeszcze jedną szansę. Przy drugiej warce znowu musieliśmy korzystać z pożyczonej sondy - dbanie o odpowiednie warunki dla drożdży jest naprawdę ważne i nie polecam nikomu warzenia piwa bez odpowiedniego sprzętu.



Sprawa druga, czyli spokój ducha. Przy pszenicznym nie uwzględniłem jednej, bardzo ważnej rzeczy - piwo musi się schłodzić. Jeśli nie dysponujemy spiralną chłodnicą zanurzeniową o dużej powierzchni, tylko tak jak ja - wkładamy garnek do wody, trzeba liczyć że zmniejszenie temperatury zajmie dwie lub trzy godziny. W tym czasie można spokojnie zdezynfekować fermentor i uwodnić drożdże. Niestety, wspomniana chłodnica będzie przy kolejnych stylach wymagana. Dlaczego? Ponieważ bez niej trudno schłodzić brzeczkę poniżej temperatury pokojowej. Chyba, że przy użyciu dużej ilości lodu, co jednak nie jest ani tanie, ani wygodne. Pozostaje jeszcze mrożenie wody potrzebnej do rozcieńczenia - spróbuję następnym razem.


Sprawa trzecia, czyli stres związany z drożdżami. Za pierwszym razem uwodniłem je zdecydowanie za wcześnie. Przez to spieniły się tak, że wręcz wyskoczyły ze szklanki, a ja ciągle myślałem o ich kłaczkowaniu. Oczywiście, była to totalna głupota, bo to inny rodzaj, który nie zachowuje się w ten sposób. Przy drugiej warce martwiłem się z kolei, czy nie rehydratyzowałem ich zbyt późno - ze względu na mniejszą temperaturę w zasadzie wcale nie zaczęły pracować. Całe szczęście, po 12 godzinach pojawiła się na brzeczce piękna piana otoczona dwutlenkiem węgla. Wniosek jest więc prosty - drożdże nie są aż tak bardzo delikatne, żeby obchodzić się z nimi jak z jajkiem. Szczególnie te górnej fermentacji, które mnożą się nawet w niesprzyjających warunkach.


Sprawa czwarta, czyli zapachy słodu oraz chmielu. Wierzcie lub nie, ale różnice są ogromne. Specjalnie zostawiłem sobie małe próbki surowców z pierwszego warzenia, tak aby porównać je z nowymi. Słody z ciemnych ekstraktów palonych dają podczas gotowania niezwykle mocny zapach kawy zbożowej. Zupełnie inny, niż przy pszenicznym, nad którym unosił się aromat świeżego pieczywa. Jeszcze większe, ale zdecydowanie bardziej subtelne różnice są w chmielu. Niemiecki Tradition jest ziołowy, natomiast nasza polska Marynka zdecydowanie słodsza i łagodna. Takie niuanse dobitnie pokazują, że piwo to coś więc niż tylko przypadkowa mieszanka suszonych zbóż i przypraw.


Tak w skrócie wyglądało nasze drugie warzenie piwa. Trzymajcie kciuki, żeby stout pod tytułem "Panie, ja stoutem tu wcześniej!" był jeszcze lepszy od dziewiczego pszenicznego. Więcej zdjęć z przygotowania warka na facebooku Piwosza Domowego.

czwartek, 11 lipca 2013

Ocena: Mythos

Kolejny tydzień, kolejny zagraniczny browar wylądował w Lidlu. Tym razem padło na Grecję i "starożytnego" Mythosa. Ponieważ wcześniej widziałem go uwiecznionego na zdjęciu jednego ze znajomych, fana knajpek w południowym klimacie, spodziewałem się niezgorszego napitku. Niestety, skończyło się iście antyczną tragedią.


Do rzeczy:
Kolor: Jasne złoto - piwo jest przejrzyste i zupełnie klarowne. Barwa jak najbardziej zachęcająca, co można uznać za dobre złego początki.
Piana: Nalewa się naprawdę niezła, stosunkowo drobna jak na ten styl. Niestety, bardzo szybko znika i w zasadzie nie pozostawia po sobie śladu.
Zapach: Tragiczny. Naprawdę, nigdy nie lubiłem określenia "skunks", ale trudno inaczej opisać ten aromat. Z daleka jest lekko słodowy, trochę zbożowy. Z bliska uderza prawdziwy odór - Marta określiła go mianem "sików".
Smak: Całe szczęście, jest lepszy niż wydaje się z daleka. Trudno nazwać to piwo dobrym, ale da się je wypić - słód przełamany został kwasowością. Po drodze jest szczątkowa goryczka, raczej niezauważalna.
Wysycenie: Pomijając kolor, najlepszy element tego piwa. Mało pracy dwutlenku węgla w szklance, ale gaz przyjemnie szczypie w ustach. W konsystencji piwo jest wodniste i mało treściwe, co dobrze podkreśla jego wątpliwe walory smakowe.
Opakowanie: Całkiem ciekawe. Zieleń towarzyszy wielu piwom, ale Mythos i tak wyróżnia się na półce. Może to zasługa interesującego logotypu i estetycznego projektu całości.

Gdyby nie zapach, mógłbym uznać Mythosa za typowego przeciętniaka z koncernu - gdzieś poniżej piwnych stanów średnich. Niestety, smród unoszący się nad szklanką był odpychający. Pod tym względem Grecy przebili nasze polskie supermocne, które zawsze zniewala niesmacznym alkoholem. Nie polecam, szczególnie w lokalach, gdzie za każde egzotyczne piwo trzeba płacić horrendalne pieniądze.

Ocena: 2/5 (mogło być wyżej, ale piwo zostało dosłownie zabite przez zapach)

wtorek, 9 lipca 2013

Kult Светлое (Swietłoje, Jasne)

Kult nigdy nie przyciągnął mojej uwagi w sklepie - zawsze kojarzył mi się z dobrze znanym, ukraińskim Oboloniem. Całkowicie błędnie, ponieważ jest to piwo z Białorusi, które musiało jakimś cudem wydostać się spod dyktatury Łukaszenki. Ciekawy jest też jego styl, czyli po prostu "jasny". Z tego co wiem, na rynku jest, lub był dostępny także Kult Пшеничное Светлое (pszenicznoje swietłoje, pszeniczne jasne) - podejrzewam, że to jedno i to samo piwo, ale sprawdzę to gdy tylko spotkam drugą odmianę.


Do rzeczy:
Kolor: Szklanka wypełniła się jasną, nawet intensywną żółcią. Piwo nie wpada ani w kolor słomkowy, ani złoty. Przyjemne dla oka.
Piana: Nalała się niska i nietrwała, zniknęła w błyskawicznym tempie. Dopiero mocne zamieszanie znowu ją wzbudziło - pod tym względem Kult jest bardzo kiepski.
Zapach: Bardzo słodowy, można zaryzykować stwierdzenie, że ledwo cytrusowy. Niestety brakuje tutaj bananów oraz drożdży.
Smak: Podobnie jak aromat - mocno słodowy. Piwo nie jest jednak słodkie, robi się gorzkie, a następnie kwaśne w posmaku. W zasadzie brak chmielowej goryczki - napitek mało charakterny.
Wysycenie: Wysokie, ale w granicach normy. Mogłoby być dwutlenku węgla trochę więcej, choć Swietłoje i tak jest dość orzeźwiające. Na języku raczej wodniste.
Opakowanie: Tak jak wspomniałem, oprawa tego piwa kojarzy mi się z sąsiednimi browarami ze Wschodu. Tak czy inaczej, nie jest zła - na uwagę zasługuje kontretykieta, na której dosłownie króluje cyrylica. Brak tutaj żadnych napisów sugerujących eksport na zepsuty, kapitalistyczny Zachód.

Jasny Kult jest lekki, w zapachu oraz smaku bardzo delikatny. Można też niestety stwierdzić, że płaski - trudno znaleźć w nim coś, co warte byłoby zapamiętania. Mimo wszystko, mi smakowało - myślę, że ten napitek sprawiłby się świetnie w roli ułagodzonego pszeniczniaka, po którym można próbować lepszych piw z tego gatunku. Zdecydowanie wygrywa ze wszelkimi hybrydami, czyli lagerowymi mieszankami zasypanymi pszenicą.

4/5 (przyjemne w odbiorze, bardzo ułagodzone piwo pszeniczne)

PS. W tle zdziwiony białoruskim piwem Piotr Kraśko.

niedziela, 7 lipca 2013

Ocena: Skalák Řezaný Ležák 11°

Kobiece wdzięki, szczególnie te częściowo odkryte, są prawdziwym lepem na klienta. Wiedzą o tym Czesi z browaru Rohozec, którzy na etykietach swojej sztandarowej serii umieścili półnagie modelki. Ponieważ panie zmieniają się wraz z kolejnymi porami roku, każdy na Skalaku (zimowym, wiosennym, letnim oraz jesiennym) znajdzie coś dla siebie. Pozostaje jednak pytanie, czy za sprytnym marketingiem stoi równie ciekawy napitek? Co by tutaj dużo nie pisać - tak.


Do rzeczy:
Kolor: Ciemne, miedziane - wpadające w jasny brąz podszyty pomarańczowym. Kolor rzadko spotykany w napitkach o stosunkowo niskim ekstrakcie oraz małej mocy.
Piana: Przy nalaniu niezbyt wysoka, średnia. Powoli pęka, ale jej drobny kożuch pozostał do samego końca degustacji. Należy to docenić.
Zapach: Mocno uderzający słodem, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że czuć tutaj nuty palone lub karmelowe. W tle trochę chmielu a z daleka owoców.
Smak: W przeciwieństwie do aromatu - bardziej w kierunku chmielowej gorzkości. Czuć całkiem intensywną, ale nie męczącą goryczkę. Na finiszu lekko kwaskowate od słodu, ale ogólnie delikatnie wytrawne.
Wysycenie: Niskie, jak na ten gatunek - nawet bardzo. Piwo w zasadzie wcale nie pracuje i pod względem nasycenia bardziej przypomina style ciemne. Moim zdaniem, mogłoby być wyższe.
Opakowanie: Świetne! Pomimo gołej panienki na etykiecie, oprawa Skalaka nie wydaje się kiczowata. Ma swój styl. Na uwagę zasługuje też pełen skład, gdzie producent przyznał się do ekstraktu chmielowego, cukru oraz karmelowego barwnika. Póki piwo jest pijalne, wcale mi to nie przeszkadza.


Rżnięty Skalak okazał się miłym zaskoczeniem. Piwo jest smaczne, lekkie w odbiorze i zupełnie nie przystaje do koncernowych lagerów. Trudno spodziewać się czegoś dobrego po napitku, który potrzebuje nagości na etykiecie, ale w tym przypadku można się oszukać. Dobrze, że Marta je wypatrzyła, gdy ja zamiast zachęcających krągłości, szukałem odpychającej goryczy AIPA. Końcową ocenę zaniżam jednak ze względu na składniki, które "na skróty" podkręciły parametry tego napitku.

4/5 (dobre piwo z jeszcze lepszą etykietą, warto spróbować)

PS. Jakbyście nie wyłapali ważnych detali etykiety, pozwoliłem sobie na dodanie dwóch zdjęć. ;)

sobota, 6 lipca 2013

Ocena: Argus Naturalnie Mętny ("pszeniczny")

Do mętnego Argusa przymierzałem się przez długi czas. Zachęcająco tani, ładnie opakowany - to mógł być niezły pszeniczniak. Ciągle jednak odwlekałem zakup, bo czułem w kościach, że w Polsce trudno o dobre piwo w tym stylu (wieść gminna niesie, że napitek rozlewa Łomża). Rację miałem, choć i tak przeraziłem się tym, co wypiłem.


Do rzeczy:
Kolor: Mętny, w zasadzie nieprzejrzysty i jasno żółty - najlepiej pasuje mi określenie "słomiany". Ogólnie rzecz ujmując: pasuje.
Piana: Drobna, nawet kremowa, ale raczej niska i szybko opadająca. Choć nie pozostawia wielu śladów na szkle, parę pęcherzyków dziarsko trzymało się do końca.
Zapach: Pierwsze ostrzeżenie - nad wyraz chmielowy i tylko szczątkowo słodowy. Brak tutaj nut bananowo-owocowych, które są znamienne dla każdego piwa pszenicznego.
Smak: Ostrzeżenie drugie i ostatnie - czułem, jakbym pił przeciętnego lagera. Lekka słodowość przełamana została równie delikatną chmielową goryczką i zakończona kwaskowatym finiszem. Argusowi brak smaków chlebowych lub drożdżowych, które nadają charakteru temu stylu. Pszenica ujawniła się dopiero, gdy dobrze napowietrzyłem piwo w ustach.
Wysycenie: Jak na pszeniczniaka - zdecydowanie za małe. Przez to Naturalnie Mętny jest mniej orzeźwiający, niż można się tego spodziewać.
Opakowanie: Najlepsza rzecz w tym Argusie - całą ozdobę stanowi ciekawa butelka z wytłoczonymi logotypami. Poza tym jest jeszcze krawatka, na której znalazło się miejsce dla kilku lakonicznych informacji. W tym jednej, o której dowiedziałem się za późno.

Naklejka na szyjce rzecze, że pszenica stanowiła tylko 40% zasypu. Dla przypomnienia, według standardów niemieckich, normalny weißbier zaczyna się od 50%. Nie zdziwcie się więc, jak zamiast prawdziwego piwa pszenicznego dostaniecie eurolagera zmętnionego innym rodzajem słodu. Dlatego dziwią mnie wysokie oceny tego napitku - moim zdaniem jest to hybryda zupełnie nieudana, dziwoląg niemający wiele wspólnego z gatunkiem, który stara się podrobić. Choć nie stwierdziłem w tym piwie żadnych znaczących wad, nie polecam - lepiej kupić piwo gorsze, ale przynajmniej w danym stylu.

Ocena: 2/5 (istotnych wad brak, ale niska ocena należy się za sam fakt warzenia tak nieudanej hybrydy)

środa, 3 lipca 2013

Ocena: Argus Maestic

Przyznam szczerze, że po Maesticu spodziewałem się trochę więcej, niż po przeciętnym piwie dyskontowym. Dlaczego? Bo rozlewane jest w Czechach, serwowane tylko sezonowo i ma ciekawe opakowanie. Klasa premium jak się patrzy - pytanie tylko, czy w aromacie oraz smaku również.


Do rzeczy:
Kolor: Złoty, całkowicie klarowny i przejrzysty. Idealny dla piwa w tym stylu oraz o dość niskiej zawartości alkoholu.
Piana: Nalewa się niska i stosunkowo gruba. Szybko pęka a potem redukuje się do skromnego pierścienia wokół szklanki. Raczej kiepska, nawet nie zostawiła śladów na kuflu.
Zapach: Niespodzianka - mało odrzucającego zapachu zielonej butelki. Poza tym niewiele: brak zapachu owocowego lub kwiatowego z daleka, a z bliska słodowość przełamana delikatnym chmielem i czymś jeszcze...
Smak: Niestety, ten lekki, nieidentyfikowany aromat na języku objawił się jako mocna metaliczność. Pomijając tę wadę, piwo jest całkiem znośne - skromna słodycz słodu zrównoważona jest chmielem oraz ledwo zauważalną goryczką. Nie pozostawia kwaśnego posmaku w ustach, co jest częste w lagerach.
Wysycenie: Nawet wysokie, ale raczej dopasowane. Piwo w ustach jest zauważalnie wodniste.
Opakowanie: Niby Argus, ale Maestic odstaje od przaśnej rodziny. Nie wiedzieć czemu, zawsze podobały mi się szyjki owinięte złotym papierem - taka ozdoba nobilituje każdy napitek. Na pochwałę zasługuje też obfita w informacje kontretykieta. Ciekawostka: kapsel nie jest markowany.

Piwo o mocy 4,8% które ledwo łapie się do kategorii pełnych i dalej jest lekkie. Moim zdaniem, to idealny układ dla mniej finezyjnych lagerów - w naszym kraju często przesadzonych pod względem zawartości alkoholu. Maestic jest dzięki temu orzeźwiający i smaczny. Niestety nie spodobała mi się w nim metaliczność oraz zbyt duża wodnistość, co zaliczyłem do sporych wad. Można kupić bez wstrętu, to najlepszy z dotychczas degustowanych Argusów, nie należy jednak spodziewać się olśnienia.

Ocena: 3+/5 (miało być wyżej, ale dwie wady wyeliminowały ten produkt)

PS. W tle jakaś telewizyjna kłótnia, jednak z tego co usłyszałem, nie chodziło o piwo z Lidla. :)

wtorek, 2 lipca 2013

Minął miesiąc - najpopularniejsze wpisy czerwca

Piwosz Domowy wystartował na samym początku maja, ale wydaję mi się, że dopiero czerwiec można uznać za pierwszy miesiąc "na pełnych obrotach". Z tej okazji, parę statystyk: napisałem 28 postów (w tym 13 ocen), które zostały zobaczone w sumie 3,5 tysiąca razy. Dodatkowo zdobyłem ponad 100 fanów na Facebooku oraz dorobiłem się dziewiczego przedruku na Wyszło.com. Ja wiem, że te liczby są błahe i nie robią żadnego wrażenia, ale ja osobiście cieszę się, że blog idzie do przodu. Dziękuję tym samym odwiedzającym - dajecie mi dużo motywacji do dalszej "pracy".


Co więcej można powiedzieć? To wyda się głupie, ale przez te dwa miesiące naprawdę dużo nauczyłem się o złotym trunku. Amatorzy mogą myśleć, że nie ma tutaj wiele do zrozumienia, ale w rzeczywistości jest wręcz przeciwnie. Piwo to tajemnice degustacji, produkcji oraz wiele annałów kultury związanej z jego spożywaniem. Nic tak nie zachęca do zgłębiania wiedzy niż samodzielne pisanie, a właściwie, opowiadanie o danym temacie. Nieoceniona jest tutaj także zasługa mojej pierwszej warki - poznanie składników, zanim jeszcze zostaną przetrawione przez drożdże, naprawdę pomaga w zrozumieniu najważniejszych zapachów i smaków napitków. Cieszę się tym bardziej, że Pierwszy raz w pszenicy, który jest coraz śmielej odkapslowywany, wyszedł naprawdę nieźle.

Dość jednak nudnego gawędzenia. Czas na najważniejsze, czyli pięć najpopularniejszych postów poprzedniego miesiąca. Wiem, że to bezużyteczne dla stałych czytelników, ale póki ich jeszcze nie ma, takie zestawienie może przydać się przygodnym turystom, którzy właśnie trafili na Piwosza Domowego.

5. Na szybko: Specjal Mocnyhttp://piwoszdomowy.blogspot.com/2013/06/na-szybko-specjal-mocny.html
4. Ocena: Jak w dym (Pinta)http://piwoszdomowy.blogspot.com/2013/06/ocena-jak-w-dym-pinta.html
3. Pierwsze warzenie piwa - poradnik i relacja: http://piwoszdomowy.blogspot.com/2013/06/pierwsze-warzenie-piwa-poradnik-i.html
2. Frykasy z Pinty, Książęce Ryżowe i Miłosławhttp://piwoszdomowy.blogspot.com/2013/06/frykasy-z-pinty-ksiazece-ryzowe-i-miosaw.html
1. Ocena: Porter Warmińskihttp://piwoszdomowy.blogspot.com/2013/06/ocena-porter-warminski.html

PS. Na górze pochwaliłem się zdjęciem, które dostałem wczoraj od brata. Dzięki niemu mogę sądzić że lipiec będzie jeszcze bardziej owocny niż czerwiec. Do przeczytania!