niedziela, 30 czerwca 2013

Ocena: Imperium atakuje (Pinta)

Po ostatnich ocenach piw supermaketowych nie mogłem już doczekać się czegoś z najwyższej półki. Wybór padł na Pintę a dokładniej -  Imperium atakuje. Potrzebowałem czegoś naprawdę charakternego, więc taka decyzja była po prostu oczywista. Imperial IPA to nie tylko moc alkoholu, ale także siła chmielu oraz naprawdę mocnej goryczki.


Kolor: Początkowo można uznać, że czerwony lub miedziany. Pod światło okazuje się, że piwo bardziej wpada w pomarańczowy, ciemny bursztyn.
Piana: Raczej niewysoka, szybko pękająca dużymi pęcherzykami. Choć mocno zredukowana to bardzo trwała, ślady pozostały do końca degustacji. Na uwagę zasługuje jej nietypowy kolor, lekko żółty.
Zapach: Zwiastujący naprawdę mocne uderzenie. Na początku wydaje się, że piwo pachnie cytrusami. Ten aromat pochodzi jednak nie od słodu (tak jak w pszenicznych), tylko olbrzymiej ilość trawiastego chmielu.
Smak: Chmielowy aż do przesady. Za aromatem oraz smakiem podąża silna goryczka. Da się na języku wyczuć również lekkie akcenty słodowe, ale jest ich bardzo mało. Piwo w żadnym momencie nie wpada w słodycz, na finiszu jest bardzo wytrawne. Nie pozostawia gryzącego lub kwaśnego posmaku.
Wysycenie: Raczej niskie, w stylu. Koresponduje ze smakiem i dobrze wpływa na pijalność.
Opakowanie: Jak to bywa u Pinty, jedna elegancka etykieta oraz ten sam, zawsze identyczny kapsel. Ponownie muszę przyznać, że nazwa jest świetna. Na naklejce mamy nawet wzór przypominający coś na kształt imperialnego krążownika.

Pinta atakuje nie na żarty - to piwo może zaskoczyć. Imperial IPA powinna trawić do każdego "miłośnika" goryczki, który dotychczas miał do czynienia tylko i wyłącznie z piwami koncernowymi. Daję słowo, że mina mu zrzednie. W tym stylu, nie dość że chmieli się podczas ważenia, to później dodaje się przyprawy również w trakcie cichej fermentacji, na zimno. Wszystko to razem sprawia, że piwo może wydać się ciężkie - trzeba się do niego przyzwyczaić. Jednak ani przez chwilę, pomimo absurdalnego nachmielenia, nie tracimy wrażenia, że obcujemy z czymś wyjątkowym, co Marta skomentowała bez wahania: "nietypowe, warte swojej ceny!".

Ocena: 5/5 (piwo dla smakosza, nie stwierdziłem żadnych wad)

sobota, 29 czerwca 2013

Na szybko: Specjal Mocny

Specjal jest już ostatnim nabytkiem przywiezionym z Podlasia. Młodsi piwosze mogą nie pamiętać, ale wiąże się z tą marką całkiem ciekawa historia. Browar w Elblągu, czyli miejsce pochodzenia tego piwa, w latach 90. całkowicie zawojował polski rynek legendarnym EB. Niestety, z biegiem lat firma nie wytrzymała coraz mocniejszej konkurencji ze strony Żywca oraz Tyskiego. Mimo wszystko, browar przetrwał (aktualnie należy do Grupy Żywiec), a Specjal jest jednym z najpopularniejszych, mazurskich piw regionalnych.


Mocny miał być oceniony standardowo, ale że wczoraj nie wyrobiłem się z tekstem, dziś wrzucam tylko szybki skrót wrażeń z degustacji. Tradycyjnie zacznę od piany: nalewa się niska, raczej średnia pod względem gęstości. Przez jakiś czas pozostaje jednak w szklance, mogę więc uznać, że jest poprawna. Kolor stosunkowo jasny, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę moc tego piwa. Zapach z daleka lekko owocowy, przy szklance bardziej słodowy, aczkolwiek nie ma tutaj aromatu zbyt wiele. W smaku jest, co dość zaskakujące, mało alkoholowe. Czuć nuty słodowe i odrobinę kwaśny posmak. Goryczka lekka, znośna na finiszu, ogólnie piwo jest gorzkie. Mając jeszcze w pamięci przygodę z Ambrosiusem, byłem w stosunku do Specjala całkiem wyrozumiały. Na nieszczęście Browaru w Elblągu, Marta otworzyła przy okazji austriackiego Zipfera, który co by tutaj dużo nie mówić, wyprzedził Mocnego o kilka długości. Można Specjala spróbować, ale zachwycić się nad tym piwem ciężko.


czwartek, 27 czerwca 2013

Ocena: Ambrosius Strong

Ambrosius Strong przyjechał z naszej wyprawy na Podlasie. Gdy zobaczyłem go po raz pierwszy w supermarkecie, pomyślałem sobie, że mam do czynienia z najgorszymi zlewkami. Później, szukając usilnie czegoś nietypowego, przekonałem się do zakupu - w końcu nie był aż tak tani i wyglądał regionalnie. Teraz już wiem, że początkowe wrażenie bywa najtrafniejsze.



Kolor: Ciemne złoto, być może bursztyn. Pasuje do mocniejszego, lekko ciemnego lagera. Ogólnie rzecz biorąc, całkiem niezły.
Piana: Przy nalewaniu idzie do góry, można Ambrosiusa przelać. Drobna na wierzchu, średnia pod spodem. Szybko przemija, ale jej resztki pozostawiają ślady na szklance. Ponownie można powiedzieć, że jest dobrze.
Zapach: Początkowo zachęcający. Gdy powąchałem z otwartej puszki, aż zaskoczyła mnie delikatna słodowość. Niestety, była to tylko cisza przed burzą. Unoszący się nad szklanką aromat odurza tanim, sztucznym browarem oraz mocnym alkoholem. Trzeba się namieszać, żeby zapach słodu z tego piwa wydobyć.
Smak: Prawdziwa tragedia. Naprawdę, tak ohydnego i zupełnie odrzucającego piwa nie próbowałem już dawno. Ambrosius jest gorzki, trochę metaliczny, ale przede wszystkim mocny. Gorycz, pomimo że raczej lekka, jest nieznośna na finiszu. Gdzieś tam w tle majaczy lekko słód, ale smak piwa został tutaj zabity w kołysce.
Wysycenie: Wysokie, uderza tak samo jak sztuczny aromat i beznadziejny smak.
Opakowanie: Typowe dla piw mocnych i (często) niedobrych. Musi być czarne, żeby każdy amator wiedział, że tutaj kończą się żarty. W przypadku Ambrosiusa kiepska oprawa bardzo dobrze współgra z zawartością.

Z założenia przyjąłem, że każdemu napitkowi dam podczas oceny szansę. Niestety, w tym przypadku po prostu się nie dało. Piwo warzone dla sieci Kaufland jest okropne! Teraz już wiem, że Kaper, na którego narzekałem jakiś czas temu, wcale nie był aż tak słaby, jak mi się wydawało. Ambrosiusowi pomóc może jedynie wybitnie niska temperatura serwowania - w przeciwnym przypadku trudno zmusić się do picia, bo piwo jest zwyczajnie niesmaczne.

1+/5 (ostrzegam przed zakupem, drobne wyróżnienie za kolor i pianę)

środa, 26 czerwca 2013

Ocena: Angelo Poretti Tre Luppoli

Wydaje się, że tydzień włoski minął w Lidlu bez drastycznych przepychanek wśród klientów. Twierdzę tak, ponieważ w jednej z bocznych chłodni znalazłem sporo resztek w postaci przecenionych zestawów wędlin oraz przystawek. Importowane piwo z Italii także nie cieszyło się dużym wzięciem - pełna paleta postawiona przy samym wejściu kusiła wszystkich spóźnialskich lub mniej obytych w krainie Argusem płynącej.


Do rzeczy:
Kolor: Dość typowy, jasnozłoty. Mimo wszystko, Poretti wygląda atrakcyjnie, nie wiem czemu, ale kolor napitku wydał mi się dość szlachetny. Być może dlatego, że za tę kwotę spodziewałem się czegoś gorszego.
Piana: Jak na lagera - raczej słaba. Przy odpowiednim nalewaniu da się uzyskać "dwa palce" średniej piany, ale szybko przechodzi ona do historii. Najpierw zostaje słaby kożuch, potem niknąca obręcz wokół szklanki.
Zapach: Przywodzi na myśl piwo z koncernu. Słusznie, bo Poretti to marka Carlsberga. Aromat piwa jest słaby, być może lekko alkoholowy, ale trudno to konkretnie określić.
Smak: Wypisz wymaluj, lekkie jasne dla wszystkich. W Internecie przeczytać można, że czuć tutaj lekką słodowość. Być może, jeśli piwo ogrzejemy i wychwycimy ten smak po mijającej goryczce. Ogólnie rzecz biorąc, jest to piwo bardzo typowe, o smaku dobrze znanym ze wszystkich dużych marek - gorzkie, ale nie przesadnie.
Wysycenie: Co najwyżej średnie. Bąbelki żwawo ulatują do góry, ale nie czuć ich w ustach. Moim zdaniem, ilość dwutlenku węgla idealnie koresponduje ze stosunkowo niską zawartością alkoholu.
Opakowanie: Chyba największy atut Poretti. Nie wiem czemu, ale na półkach w naszych sklepach po prostu brakuje srebrnych opakowań. Dzięki temu włoski napitek wygląda wyjątkowo i bardzo elegancko. Widać, że z przyjechał z "wielkiego buta".

Pomimo kilku plusów, Poretti okazało się przeciętnym koncerniakiem. Pochwalić można jego lekkość i wynikający z niej, zrównoważony smak. Warta zapamiętania jest również puszka. Tak czy inaczej, absolutna nijakość tego piwa zauważalna jest już od pierwszego łyku. Szkoda, ale nie powiem, żebym żałował chwil spędzonych na degustacji.

Ocena: 3/5 (piwo z koncernu, zupełnie przeciętne). 

piątek, 21 czerwca 2013

Ocena: Kilikia Jubilee Beer oraz Kilikia Celebratory

Marta ma nosa do piwa. Gdy podczas ostatniej wizyty w supermarkecie zachwycałem się i oglądałem regał pełen rarytasów z Belgii, w jej oko wpadła nietypowa, zielona butelka. Kilikia, bo tak nazywało się to egzotyczne piwo, przyjechała do nas prosto z Armenii. Nie zastanawialiśmy się długo - dwa rodzaje napitku z Bliskiego Wschodu szybko wpadły do naszego koszyka (byłby trzy, wliczając Dark Beer, ale okazało się, że jest ono po terminie - uważajcie!).


Do rzeczy:
Kolor: W przypadku Jubilee bardzo jasny, żółty lub lekko złoty. Celebratory jest ciemniejsze, odrobinę bursztynowe, ale ogólnie rzecz biorąc, oba piwa są nie mają w sobie zbyt wiele zachęcającego koloru.
Piana: Jak widać na zdjęciach - idzie do góry jak szalona. Być może to wina dość wysokiej temperatury, być może złych szklanek, ale trudno narzekać na wysoką pianę. Jest ona bardzo drobna na powierzchni i średnia poniżej. Redukuje się wolno i efektownie oblepia szkło.
Zapach: Po samym otwarciu nieprzyjemny, typowy dla zielonych butelek, w których piwo potrafi stracić trochę ze swoich właściwości. Jubilee pachnie słodowo, natomiast Celebratory jest zrównoważone, odrobinę chmielowe, ale mocniej czuć w nim alkohol.
Smak: Największa niespodzianka. Jubilee jest, jak na lagera, zaskakująco słodowy, wręcz chlebowy. Pozostawia w ustach średnio goryczkowy posmak, który balansuje wcześniejsze wrażenia. Celebratory jest mniej charakterne, bardziej płaskie i podobne do naszych piw. Wyraźniej czuć w nim alkohol, ale ogólnie smakuje delikatnie.
Wysycenie: Jak na ten gatunek, w obu przypadkach średnie. Piwo pracuje, ale ilość dwutlenku węgla nie przeszkadza, co dość znacząco zwiększa jego pijalność.
Opakowanie: Egzotyczne - rzadko widuje się trunki w takich butelkach. W obu przypadkach mamy niezłe, stylowe etykiety oraz kontretykiety, brakuje tylko krawatek. Minus należy się importerowi, który opisy na nalepkach potraktował po macoszemu i trudno im zaufać.


Kilikia okazała się piwem niezłym - biorąc więc pod uwagę moje dotychczasowe doświadczenia, stanowi miły wyjątek spośród egzotycznych napitków. Na szczególną uwagę zasługuje Jubilee Beer, które jest niezwykle słodowe i goryczkowe jednocześnie. Nie dam sobie ręki uciąć, ale chyba trudno będzie znaleźć lokalny odpowiednik tego smaku. Celebratory to natomiast przeciętny, typowy lager. Ciekawa obserwacja na koniec: Armeńczycy radzą sobie lepiej z rozlewaniem pod jedną marką dwóch, niezwykle różnych piw lepiej niż My (wystarczy spróbować chociażby Gronie i Klasycznego).

Ocena: 
4/5 dla Kilikia Jubilee Beer (niespodziewanie nietypowe, warte spróbowania)
3+/5 dla Kilikia Celebratory (przeciętne, choć dalej dobre)

PS. Zwróćcie uwagę na genialnego mistrza drugiego planu!

czwartek, 20 czerwca 2013

Piwny przepych w Carrefourze na Targówku

W życiu każdego mężczyzny przychodzi taki moment, gdy musi pójść na zakupy z narzeczoną. Jedni to lubią, drudzy znoszą, trzeci nienawidzą. Ja jestem gdzieś na końcu. Osłodą naszej wczorajszej wyprawy przez Centrum Handlowe miała być wizyta w Carrefourze. Nie żebym był miłośnikiem supermarketów spożywczych, po prostu liczyłem na jakąś nietypową zdobycz.


Pierwsza niespodzianka - trafiliśmy akurat na wyprzedaż artykułów szklanych. Naszym łupem padła zielona miska oraz trzy nowe szklanki do piwa: niska i pękata (dla koźlaków oraz porterów), wysoki, podłużny kufel (na pilsy i inne z okolic), oraz jeszcze wyższy, zwężający się ku stopce (idealny dla pszenicznych oraz witów). Dodam tylko, że cały zestaw kosztował niewiele ponad 10 zł!


Druga niespodzianka, dosłownie wywołująca opad szczęki, czyli alejka z napitkami. Aby do niej trafić, trzeba przejść cały sklep, ale warto - można nawet biec. Przy wejściu rzuca się w oczy szyld informujący, że z jednej strony mamy piwa krajowe, a z drugiej importowane. Najpierw pomyślałem, że to pewnie pic na wodę, byłem jednak w błędzie.


Udało mi się ten widok, choć ukazujący tylko 1/3 regału, uwiecznić na fotografii. Widać na niej głównie piwa belgijskie, które importowane są przez znane mi Belgium's Best. W okolicy stały także inne produkty, m.in. z Niemiec, Holandii, Włoch, Wschodu oraz takie perełki jak Kilikia z Armenii (ocena już niedługo). Jeszcze dalej, choć już w mniejszej ilości, kilka polskich rarytasów: Browar Kormoran oraz marka Trybunał.

Nic dodać, nic ująć - każdego piwosz zapraszam na Targówek. :)

środa, 19 czerwca 2013

Na szybko: Black Boss, Świętojańskie, Zacne Jasne

W ostatnim czasie wypiłem kilka różnych piw, o których nie zdążyłem napisać. Tak to jest, gdy pasję łączy się z (jakże wymagającymi) obowiązkami towarzyskimi. Tak czy inaczej, ponieważ wszystkie trzy przypadki warte były zapamiętania, postanowiłem przekazać najważniejsze wrażenia z próbowania (rym umyślny).


Pierwszy był Big Boss z Witnicy. Kilka tygodni temu, gdy zabrałem ostatnią butelkę z półki, podczas wychodzenia ze sklepu napuszyłem się jak paw. Dawno nie trafił mi się tak rzadki w moim regionie rarytas. Porter padł moją ofiarą podczas warzenia naszego Pierwszego razu w pszenicy. Piękny kolor, niezła piana i niezwykle zrównoważony (jak na ten gatunek) smak. Gorąco polecam, w moim odczuciu było lepsze od Warmińskiego, które oceniałem kilka dni przed tą degustacją.

Kolejne, choć próbowane w tym samym czasie co Zacne, było Świętojańskie. Przyznam szczerze - nabrałem się na marketing. Zobaczyłem nową nazwę, ciekawą etykietę i wziąłem w ciemno. Dopiero w domu zauważyłem, że to Browar Okocim, czyli "sezonowy hit" Carlsberg Polska. Ogólnie rzecz biorąc, nie było złe - złote, zauważalnie mętne i dość smaczne. Po prostu lekkie. Tak czy inaczej, nie podoba mi się udawanie piwa rzemieślniczego.

Ostatni przypadek, najbardziej skrajny. Zacne Jasne z promocji w Żabce. Mały bączek, prosta etykieta, niemarkowy, pomarańczowy kapsel - wypisz wymaluj, piwo z małego browaru. Tymczasem drobnym druczkiem dodano: "Wyprodukowane przez Van Pur". Dobrze, że było chociaż mocne schłodzone - temperatura zabiła część kiepskiego, koncernowego i "chemicznego" smaku taniego piwa. W zapachu podobne, kolor słomkowy, piana idzie do góry, ale upada tak szybko jak nadzieje degustującego.

Myślę, że to byłoby na tyle. Jeśli się uda, w przyszłości poddam wymienione wyżej napitki wyczerpującej ocenie. Śpieszę przy tej okazji poinformować, że nasze pierwsze piwo domowe dochodzi do siebie podczas fermentacji cichej. Wyszło niezłe, choć nie obyło się bez DMS-u.

sobota, 15 czerwca 2013

Ocena: Dobry wieczór (Pinta)

Minęła godzina 18, skończyło się popołudnie - postanowiłem więc odpowiedzieć na przywitanie Pinty i sprawdzić czym "pije się" ich owsiankowy stout. Dodam tylko, że wieczorową porą spotykamy się już drugi raz, więc zdążyłem sobie wyrobić o tym piwie solidną opinię... Której nie jestem do końca pewien.


Do rzeczy:
Kolor: Rzadko spotykany, zupełnie nieprzejrzysty.Dobry wieczór nie ujawnia swojej zawartości nawet pod mocne światło - symbolicznie rozświetlona, górna krawędź szklanki podpowiada jedynie, że piwo jest w istocie ciemno brązowe.
Piana: Piwo nalewa się z niespodziewanie wysoką, beżową i drobną pianą. Pomimo faktu, że znika ona w oczach, obrączka oraz zauważalne ślady pozostają do końca degustacji. Jak na stouta - jest świetnie.
Zapach: Przy otwarciu wybitnie palony, można powiedzieć, że nawet wędzony. Później aromat się trochę spłaszcza i czuć w nim głównie słód oraz kawę.
Smak: Degustacja zaczyna się od aksamitnej, ale bardzo gorzkiej czekolady. W ustach pozostaje ledwo zauważalny posmak płatków owsianych. Im bliżej do końca degustacji, tym Dobry wieczór robi się coraz bardziej kawowy, wręcz kwaśny.
Wysycenie: Jak na gatunek, stosunkowo wysokie. Potwierdza to sama piana, która wydała mi się wręcz niezniszczalna.
Opakowanie: Zaprojektowane według filozofii Pinty - jedna etykieta i ten sam, browarowy kapsel. Podobnie jak w przypadku Jak w dym, jestem pełen podziwu dla oprawy tej serii: poczynając od finezyjnych nazw, poprzez solidne naklejki, a kończąc na ciekawych opisach i pełnym składzie.

Dlaczego nie jestem pewien Dobrego wieczoru? Z jednej strony, mamy tutaj gorzkiego, wysyconego stouta - mój ulubiony kierunek w tym stylu. Z drugiej jednak, trochę zabrakło mi zapowiadanych płatków owsianych, na które tak się nastawiałem. Tak czy inaczej, Pinta pobiła tutaj Guinnessa, więc należy się jej wysoka ocena.

5-/5 (piwo godne polecenia, symboliczny minus z powodów osobistych)

wtorek, 11 czerwca 2013

Ocena: Starodawne (Konstancin)

Starodawne trafiło mi się przypadkiem. Przechadzając się pomiędzy supermarketowymi półkami szukaliśmy z Martą czegoś nowego, co należałoby spróbować. Starodawne było typem oczywistym, bo akurat wystawiono je na promocji, zaraz przy pszenicznych. Ponieważ miało odpowiednie zapas w kwestii terminu ważności, bez chwili wahania wrzuciliśmy je do koszyka. Jak się okazało, całkiem słusznie!


Do rzeczy:
Kolor: Niezwykle zachęcający. Złoty, przechodzący na górze szklanki w bursztyn. Napitek jest w zasadzie klarowny, chociaż jak zauważono na blogu Smaki Piwa, w szklance da się zauważyć pewną "mglistość".
Piana: W zasadzie nieobecna. Nawet najgorszy stout nalewa się z lepszą - początkowo kłębił się niewysoki, biały kożuch, który zniknął wraz z opróżnieniem butelki. Duży minus.
Zapach: Gdy powąchałem z butelki, nic mnie nie zaniepokoiło. Gorzej było przy pierwszym przystawieniu nosa do szklanki - poczułem zatęchły zapach taniego browaru. To wrażenie prysło jednak w oka mgnieniu - dalej był już tylko słód i chmiel, bardzo dobrze zbilansowane.
Smak: Pierwszy łyk całkowicie zatarł wcześniejsze obawy. Starodawne jest niespodziewanie delikatne, nie czuć w nim wysokiej zawartości alkoholu. Podwyższony ekstrakt objawia się przyjemną słodowością oraz chmielem. Faktycznie można zauważyć, że mieliśmy tutaj zarówno aromat jak i smak. Piwo jest goryczkowe, ale bez przesady. Pozostawia po sobie kwaśny posmak, który pasuje do stylu - nie jest zbyt intensywny.
Wysycenie: Co najwyżej średnie. Widać jak piwo pracuje, ale dwutlenku węgla nie starcza nawet, żeby wzbudzić trochę piany. Skłamałbym jednak, gdybym napisał, że jakoś mi to przeszkadzało.
Opakowanie: Etykieta jest niepozorna. Pasowałaby do (bardzo) taniego piwa, jednak Starodawne ma także krawatkę oraz kontretykietę z kalendarium. Można powiedzieć, że jest stylizowane na klasykę.

Przyznam szczerze, że Starodawne mile mnie zaskoczyło. Spodziewałem się  napitku niskiej jakości - dostałem piwo, które nazwać można dobrym lagerem! Lepiej wybrać produkt Konstancina (który tak swoją   drogą, jest rzut beretem od mojego domu), niż męczyć się koncernową rzeczywistością. Piwo bez szczególnego zacięcia, ale godne polecenia - w zasadzie dla każdego. Będę kontynuował przygodę z browarem Konstancin!

Ocena: 4/5 (dobre piwo bez piany, warto dać mu szansę)

PS. Wybaczcie jakość zdjęcia, warunki oświetleniowe ewidentnie nie sprzyjały.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Pierwsze warzenie piwa - poradnik i relacja

Ostatnie kilka dni minęło w deszczowym klimacie - słyszałem nawet, że w Warszawie powstał nowy, przelotowy basen na Toruńskiej. Ja miałem w tym czasie ręce pełne roboty ponieważ zdecydowałem, że po tygodniu od otrzymania paczki z Browamatora, w końcu uwarzymy naszą pierwszą warkę. Całe zajście zostało pieczołowicie udokumentowane, tak abym mógł swoje wrażenia spisać i przekazać dla potomnych.

Przyznam się już na samym początku, że żaden ze mnie specjalista. Niniejszy artykuł powstał w oparciu o materiały wspomnianego wcześniej sklepu oraz świetny cykl Warzę z Kopyrem, który poprowadzi za rękę każdego amatora. Mam nadzieję, że taka dodatkowa, tekstowa relacja okraszona zdjęciami, przyda się początkującym - będziecie dzięki temu wiedzieć więcej niż ja i być może nie popełnicie tych samych błędów.

Jak zacząć? Od kupienia odpowiedniego sprzętu. Na pewno potrzebne będą: zbiornik (jeden lub kilka) do fermentacji, dezynfekujące środki chemiczne, oraz narzędzia dodatkowe (łyżka, rurki do przelewania, filtry, rurka do fermentacji, areometr, itd.). Znajdziecie je w każdym "zestawie startowym" dostępnym w Internecie. Tutaj pojawia się moja pierwsza, niezwykle ważna uwaga: w większości z nich brakuje termometru piwowarskiego lub elektronicznego, bez którego w zasadzie niemożliwe jest sprawne uwarzenie piwa! Miejcie to na uwadze - pasek naklejany na zbiornik to za mało.


Aby wszystkie te rupiecie wykorzystać, trzeba posiadać surowce. Na rynku dostępne są gotowe zestawy sprzedawane w trzech kategoriach: brew-kity, zestawy oparte na ekstraktach niechmielonych oraz zestawy do zacierania. W pierwszym przypadku otrzymujemy gotowy, nachmielony ekstrakt słodowy (zazwyczaj syrop), który wystarczy podgrzać i nastawić z drożdżami. Drugi rodzaj zawiera płynne i/lub suche ekstrakty słodowe oraz chmiel - przygotowanie takiego piwa wymaga chmielenia, czyli najprawdziwszego procesu warzenia. Ze względu na ten fakt, sam postawiłem właśnie na opcję numer dwa. W ostatniej kategorii gotowców znajdują się te, z którymi dostajemy słody (śrutowane lub nie) do własnoręcznego zacierania (gotowania pod brzeczkę). Można powiedzieć, że to ostatni stopień wtajemniczenia i lepiej na pierwszy raz spróbować czegoś mniej wymagającego oraz czasochłonnego.


Do gotowania piwa potrzebny jest palnik i garnek. W moim przypadku była to stara kuchenka elektryczna (tzw. "ruska", pełne 2 kW mocy) oraz stalowy garnek o pojemności 18 litrów. Ogólnie rzecz biorąc, im większy pojemnik tym lepiej - jak wspomina Kopyr, brzeczka lepiej absorbuje chmiel, gdy jest w docelowej objętości. Większość zestawów liczona jest na ok. 20 litrów, więc wypada posiadać garnek o większej pojemności. Ja takowego jeszcze nie mam, więc zdecydowałem się na późniejsze rozcieńczanie wodą.


Najpierw trzeba zagotować odpowiednią ilość wody (u mnie było to 12 litrów). Na zdjęciu garnek z łyżką, która wyjaławia się przy tej okazji. Instrukcja sugeruje, że to najlepszy sposób na dezynfekcję tego narzędzia. Prawda jest jednak taka, że podczas chmielenia i tak skutecznie minimalizuje się ryzyko infekcji. Mimo wszystko, lepiej dmuchać na zimne - ze względu na fermentację w niskiej temperaturze, produkcja piwa wymaga zaskakującej wręcz czystości. Dobra rada na start - samą wodę można gotować pod przykrywką - gdyby nie Marta, siedziałbym przy garnku do wieczora.


Po doprowadzeniu do wrzenia, należy na chwilę zmniejszyć ogień i dodać ekstrakty. W zestawie Prawdziwe Pszeniczne (12° BLG) dostałem jeden pojemnik z syropem oraz dwa woreczki z suchym proszkiem. Wszystko jak leci dodajemy do wody intensywnie mieszając, tak aby nie przywarło do dna. Biorąc pod uwagę iście "papierową" grubość mojego garnka, miałem co do tego pewne obawy. Okazało się jednak, że zupełnie niepotrzebnie - ekstrakty rozpuszczają się błyskawicznie. Tutaj trzeba koniecznie dodać, że gotowe zestawy wcale nie zawierają wszystkich składników, o czym szczegółowo napisałem pod koniec.


Roztwór wody oraz ekstraktów należy ponownie zagotować. Uzyskanie odpowiedniej temperatury zaczyna godzinny proces pierwszego chmielenia - dodajemy odpowiednią dawkę granulatu/szyszek (w moim przypadku 20 z 30 gram) i czekamy określony czas (60 minut). Przez ten czas piwo powinno nabrać goryczki. Podczas drugiego i trzeciego chmielenia uzyskuje się smak oraz aromat - dla pszenicznego wystarczyło dodatkowe 5 minut. Warzone piwo nie musi "bulgotać", wystarczy temperatur dochodząca do 100°C - ważne, aby w garnku widać było stabilną pracę składników.


Po warzeniu trzeba możliwie jak najszybciej wystudzić naszą brzeczkę nastawną, czyli cukrową zupę dla drożdży. Skąd ten pośpiech? Długi czas oczekiwania sprzyja infekcjom oraz niepożądanym reakcjom chemicznym, wśród których najgorszy jest pojawiający się DMS (zapach i smak gotowanych warzyw, wada piwa). Ponieważ nie posiadam chłodnicy zanurzeniowej, postanowiłem spontanicznie rozwiązać ten problem domową chłodnicą zewnętrzną - miską z zimną wodą. Tak przeprowadzone "błyskawiczne chłodzenie" zajmuje co najmniej godzinę lub dwie. Należy mieć to na uwadze, żeby nie spieszyć się z innymi czynnościami. W przyszłości rozważę wykonanie spiralnej chłodnicy wewnętrznej, która ten proces powinna znacząco przyspieszyć.


W międzyczasie można zająć się drożdżami. Instrukcja mówi, żeby wsypać je bezpośrednio do odstawionej brzeczki w fermentorze. Ja jednak poszedłem za głosem specjalistów i najpierw drożdże uwodniłem. Proces ten polega na dodaniu ich do odrobiny wody. Prawda, że proste? Nie do końca - szklankę najpierw wypada wyjałowić, czyli najprościej - zalać wrzątkiem. Potem trzeba poczekać, aż woda osiągnie temperaturę ok. 30 stopni. W wyższej drożdże ugotują się i nic z piwa nie będzie. Być może brak mi odpowiednich zdolności organoleptycznych, ale nie wyobrażam sobie jak można tego dokonać bez profesjonalnego termometru lub sondy. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, nasze drożdże szybko urosną - warto trzymać je pod folią aluminiową.


Kolejną czynnością, którą można spokojnie wykonać podczas chłodzenia brzeczki, jest dezynfekcja fermentora oraz wszystkich jego elementów dodatkowych: kraniku, rurki fermentacyjnej, pokrywy oraz węża. Ja do tego celu użyłem OXI, czyli środka zwierającego nadwęglan sodu. Wystarczy rozpuścić go w proporcji 4 gramy na 1 litr wody. Aktywny tlen poradzi sobie ze wszystkimi niewidocznymi gołym okiem niebezpieczeństwami. Tutaj pojawia się kolejna uwaga dotycząca gotowych zestawów sprzętowych - zazwyczaj zawierają one absurdalnie małe dawki środków chemicznych - można nimi wyczyścić jeden lub dwa zbiorniki (u mnie było 20g). Zalecam więc od razu większy zakup. Dodatkowo można pokusić się o środek w spray'u, który błyskawicznie zabezpiecza narzędzia takie jak łyżki lub termometry (wybrałem Desprej z Browamatora).


Gdy temperatura brzeczki opadnie poniżej śmiertelnych (dla drożdży) 30 stopni, można wylać ją do fermentora. Zasadniczo robi się to tak, że przelewamy zawartość garnka przez sito lub inne medium filtrujące bezpośrednio do zbiornika. Chodzi tutaj o to, aby pozbyć się chmielu oraz odpowiednio napowietrzyć brzeczkę, tak aby drożdże mogły się komfortowo rozmnażać. Będąc jednak ukierunkowanym przez Kopyra, postanowiłem za pomocą rurki ściągnąć przyszłe piwo znad osadów. Wszystko przebiegło dość sprawnie, praktycznie wszystkie resztki pozostały w garnku.


Przy okazji należy jeszcze zmierzyć zawartość ekstraktu. Jeśli chmielenie odbywało się w zadanej objętości brzeczki, próbkę można pobrać bezpośrednio z garnka, jeszcze przed przelaniem. Ponieważ ja dolewałem do fermentora dodatkowe 6 litrów wody, pomiar wykonałem później. Do tej czynności wystarczy mieć menzurkę oraz areometr wyskalowany na Ballinga. Wynik trzeba koniecznie zapisać, tak aby przy rozlewie do butelek móc obliczyć orientacyjną zawartość alkoholu. Pochwalę się, że nasze pszeniczne wyszło podręcznikowo, bo dokładnie w 12 stopniach. Mimo wszystko, nie trzeba wyniku pilnować jak oka w głowie.


Ostatnim poważnym krokiem jest zadanie drożdży. W tym celu wlewamy przygotowaną wcześniej szklankę do fermentora. To wszystko. Dodam tylko, że powinno się je uwadniać ok. 30 minut przed szczęśliwym finałem - dlatego trzeba koniecznie uwzględnić czas chłodzenia. Ja o tym nie pomyślałem i do końca się martwiłem, czy aby ich zbytnio nie przetrzymałem w szklance. Całe szczęście, przeżyły. Na koniec tej operacji zamykamy fermentor (może być z rurką lub bez, nie ma to znaczenia) i czekamy na efekty.


Po kilku godzin od przelania widać było, że drożdże zabrały się do pracy. Urosła duża piana, która zostawiając osad, zredukowała się do grubego kożucha. Początkowo myślałem, że coś poszło nie tak, bo spodziewałem się większych fajerwerków i głośnego bulgotania. Nic z tego, nie zawsze musi tak być - ważne, że pod pokrywą zbiera się dwutlenek węgla. Martwiąc się na zapas, postanowiłem obniżyć temperaturę zbiornika (było 26 stopni, a powinno ok. 20) - w tym celu wykorzystałem mokrą ścierkę oraz wiatrak. Przy piwie górnej fermentacji nie trzeba się aż tak martwić o warunki, ważne aby pomieszczeniu nie panował upał. Podwyższona temperatura pracy drożdży może jednak negatywnie wpłynąć na smak piwa.


Co dalej? Niezłomne drożdże zamieniły brzeczkę w zielone (młode) piwo. Ma ono już swój smak i zmniejszający się ekstrakt, który zamieniany jest na alkohol. Za kilka dni przeleję napitek do drugiego fermentora na tzw. cichą fermentację (wcześniejsza zwana jest burzliwą). Pszeniczne będzie w ten sposób spokojnie dojrzewało około tygodnia. Potem pozostanie już tylko rozlew i refermentacja w butelkach, podczas której piwo nasyci się dwutlenkiem węgla. Do tego celu trzeba jednak użyć dodatkowych surowców, których na próżno szukać w zestawie. Może to być cukier, glukoza lub ekstrakt słodowy - żeby nie zamieniać naszego piwa w tani bimber, najlepiej użyć tego ostatniego.

Mam nadzieję, że nasze Prawdziwe Pszeniczne, które przechrzciliśmy na Pierwszy raz w pszenicy, nie popłynie do kanalizacji. Tymczasem wracam do ocen kolejnych piw komercyjnych. Będę też informował jak sprawy dzieją się z naszym własnym. :)

czwartek, 6 czerwca 2013

Ocena: Jak w dym (Pinta)

Zaczynam rozprawiać się z długo poszukiwanymi Pintami. Na pierwszy ogień poszedł koźlak, ponieważ jestem zadeklarowanym miłośnikiem tego stylu. Nie bez powodu oceniane piwo zwie się dokładnie rauchbockiem - słód jest wędzony dymem z odpowiednio dobranego drewna, co nadaje całości unikalny smak. Ostatni raz wyczułem takie nuty w koźlaku Gniewosza, zobaczymy jak będzie teraz.


Do rzeczy:
Kolor: Brunatny i nieprzenikniony, chociaż piwo, jak to z ciemnymi bywa, jest klarowne. Mocniejsze światło pokazuje, że w szklance sporo jest ciemnoczerwonych refleksów.
Piana: Znowu przesadziłem i piwo wyskoczyło mi spod kapsla. Do szklanki nalało się ze stosunkowo wysoką, grubą piana. Od połowy degustacji nie pozostał po niej jednak żaden ślad.
Zapach: Przy otwieraniu oniemiałem - piwo dymne jak się patrzy. Później, gdy złapało powietrza, zdecydowanie złagodniało - czuć było głównie słód i słodkość, może karmelową.
Smak: W porównaniu do tracącego zapachu - rewelacyjny. Słodowość i delikatna słodycz przenika się tutaj z namacalną wręcz wędzonką. Piwo nie jest przy zbyt cukierkowe - treść podparta jest odrobiną goryczki, która pozostawia w ustach przyjemny, mocny posmak.
Wysycenie: Średnie - trochę niespodziewane, bo jak na ten gatunek, spore. Nie zmniejsza jednak pijalności i dobrze koresponduje ze smakiem.
Opakowanie: Pinta imponuje mi swoimi nietypowymi nazwami oraz etykietami. Brak tutaj krawatki czy kontretykiety, jest za to jedna, błyszcząca nalepka. Na pochwałę zasługuje szczegółowo (rodzaj słodów, chmielu, drożdży) wypisany skład. Czuć, że to rzemieślnicze dzieło.

Jak w dym to świetny napitek. Nie dość, że dobry koźlak, to jeszcze w niespotykanej odmianie. Zwracam jednak uwagę, że to wędzenie nie każdemu podejdzie (chyba, że do gardła). Sam mam jednak problem z oceną - z jednej strony, to smaczne i pijalne piwo, z drugiej, nie mam zbytniego porównania. Jego "zadymienie" wskazuje, że jest bardzo w stylu, co bardzo mi się podobało - nie do końca podszedł mi jednak zapach. Póki co, będę powściągliwy - jak sprawdzę z innymi, to najwyżej ocenę zrewiduję.

Ocena: 4+/5 (koźlak w unikalnym dymie, dla smakoszy tego gatunku)

środa, 5 czerwca 2013

Ocena: Porter Warmiński

Z tym piwem wiąże się pewna historia. Przechadzając się wśród supermarketowych półek szukałem czegoś nietypowego, wybór padł na Portera Warmińskiego, którego zauważyłem pierwszy raz. Sęk w tym, że pod butelką nie było metki ceną, nie przejąłem się tym myśląc sobie, że "każdy porter kosztuje w okolicach 5 zł". Zdziwiłem się dopiero po wyjściu ze sklepu, gdy dotarło do mnie, że butelka tej przyjemności wyniosła mnie po 8 zł za sztukę.


Do rzeczy:
Kolor: Czarny, w zasadzie nieprzejrzysty, aczkolwiek pod światło pojawiają się ciemnoczerwone refleksy. Smolny pokal pełną gębą.
Piana: Warmińskie nalewa się ze średnią pianą. Ma ona kolor beżowy, przy krawędziach biały. Jak to z porterami bywa, szybko się redukuje, ale warto zauważyć, że obręcz pozostaje do samego końca. Można nawet zaobserwować oblepione ścianki!
Zapach: Dość intensywny, w głównej mierze karmelowy, ale nie słodki. Czuć w aromacie niebagatelną moc tego piwa. W tle można zauważyć lekki zapach owocowy.
Smak: Podobnie jak z najlepszymi bałtyckimi - w Warmińskim czeka całą feeria smaków: poczynając od spalonej kawy, poprzez lekką gorycz, a kończąc na wyczuwalnym, kwaśnym posmaku. Napitek jest treściwy i wytrawny, taki jak powinien być.
Wysycenie: Jak na gatunek, stosunkowo wysokie - czuć na języku. W niczym jednak nie przeszkadza. Gdyby nie fakt, że przy okazji spróbowałem Portera Miodowego (nasyconego niczym leniwy stout), nawet bym tego nie zauważył.
Opakowanie: Zupełnie nie trafiło w mój gust. Etykieta w oprawie materiałów reklamowych sali weselnej... z wyjącym wilkiem w tle. Kapsel nie do pary, standardowy z browaru. Wygląd nie dorównuje cenie.

Nie ulega wątpliwości, że mamy tutaj dobrego przedstawiciela porterów bałtyckich. W dodatku takiego wytrawnego, któremu daleko do słodyczy części z konkurencji. Czy Warmińskie warte jest swojej ceny (biorąc pod uwagę, że mój ulubiony Grand jest bardziej przystępny)? Tak! Polecam każdemu fanowi gatunku, bo sam mam ochotę spróbować jeszcze raz.

Ocena: 5-/5 (drogie, ale mimo wszystko, warto sprawdzić)

PS. W tle zdjęcia "tap madl" - nie dotrwaliśmy z Martą do końca. 

wtorek, 4 czerwca 2013

Frykasy z Pinty, Książęce Ryżowe i Miłosław

Dziś wieczorem trafiłem na chwilę do piwnego raju. Słyszałem o tym miejscu już kilkukrotnie, ale dopiero teraz miałem "po drodze" aby wejść do Świata Piwa w podwarszawskiej Zielonce. Sklep można łatwo rozpoznać po wielkim banerze głoszącym "polskie piwa regionalne", lokalizacja też jest znamienna, bo pawilon znajduje się zaraz obok sławnej, ale nieistniejącej już Foki (obecnie API).


W środku, mimo pewnych braków na półkach, pełen przepych - piwa polskie, z niszowych browarów, oraz zagraniczne, te rzadziej spotykane. Miałem nadzieję, że trafię na coś z Witnicy (najlepiej w kolaboracji z Kopyrem), ale i tak wyszedłem zadowolony z dwiema Pintami pod pachą. Jedna ciemna i owsiana, druga w podobnym kolorze, ale wędzona. Już niedługo napiszę oceny tych piw, przedtem jednak spróbuję w końcu Portera Warmińskiego, który czeka na mojej półce.

W ostatnich dniach miałem okazję spróbować kilku ciekawych napitków. Najpierw wspomnę o Książęcym Ryżowym. Piwo to chwalone jest za fakt, że pomimo koncernowego rodowodu, oferuje coś więcej. Faktycznie, jest nietypowe i, przynajmniej w moim przypadku, mocno uderza DMS-em, czyli bardzo niepożądanym smakiem gotowanych warzyw. Może dlatego producent zaleca chłodzenie do absurdalnej temperatury 1-4 stopni?

Pozostałe zdobycze były zdecydowanie lepsze - dostałem czteropak (dokładnie: 4+1) Miłosława! Muszę przyznać, że każdy zaproponowany przez Fortunę styl trafił w mój gust: naturalne niefiltrowane, goryczkowy pilzner, wzorowe marcowe (-lagerowe), mocniejszy koźlak i słodkie ciemne. Żadne z nich nie stało się moim ulubionym z gatunku, ale każde miało w sobie to coś, co sprawia, że muszę ich znowu spróbować. Polecam dla przyjemności ze smakowania, a nie tylko z ciekawości, jak to było z Ryżowym. 

niedziela, 2 czerwca 2013

Ocena: Argus Premium i Argus Strong

Argus rodem z Lidla dał już się dobrze poznać. Głównie jako świetny kopista, który na tapetę wziął kobiecego Desperadosa oraz co lepsze miodowe. Nie miałem jeszcze okazji, więc nie wiem, czy warto te piwa degustować. Biorąc jednak pod uwagę sławę tej marki, zdecydowałem się na dwa inne produkty flagowe. Jeden pełny, drugi mocny.


Do rzeczy:
Kolor: Oba piwa mają kolor żółty, można powiedzieć, że jasno złoty. Nie należy się sugerować moimi zdjęciami, ponieważ robione były w różnych warunkach oświetleniowych. Ogólnie rzecz biorąc, mamy tutaj dwa eurolagery w typowej, klarownej odsłonie.
Piana: Lżejsze Premium nalewa się z wysoką, średnio drobną pianą, która dużymi pęcherzami pęka w oka mgnieniu. Redukuje się do śladów, które w zasadzie nie pozostają na szkle. Strong jest pod tym względem lepszy, drobna piana trzyma się dłużej i obficie oblepia szklankę.
Zapach: Bez zaskoczenia - standardowy aż do bólu. Premium zalatuje delikatnie owocami, spod których lekko bije woń alkoholu. Mocne pozbawione jest tej wady, unosi się nad nim ledwo wyczuwalny aromat słodowy i chmielowy - bez żadnych rewelacji.
Smak: Argus Premium nie smakuje źle. Piwo jest gorzkie, o słabej goryczce - pozostawia w ustach kwaśny posmak, ale nie jest on zbyt intensywny. Podobnie jak w zapachu, wyraźnie czuć w tym piwie alkohol. Co zaskakujące, Strong nie ma z tym problemu. Alkohol zamaskowany jest nieprzyjemną, drażniącą goryczą. Na plus można jednak zaliczyć brak kwaśności, przez co napitek  może wydawać się bardziej charakterny.
Wysycenie: W przypadku Premium znośne, w stylu. Z kolei Strong, biorąc pod uwagę jego moc, jest zdecydowanie zbyt mocno nasycony. Buzujący dwutlenek węgla uzupełnia się z goryczą i świetnie maskuje wątpliwy smak tego piwa.
Opakowanie: Sztampowe aż zęby bolą. Białe, czyli słabe oraz czarne, piwo dla twardzieli. Obie puszki nie sprawiają wrażenia piw budżetowych, ale i tak brakuje im tego czegoś, co mają prawdziwe marki premium.


Argus Premium nie jest piwem złym. Trafi w gust zwykłego piwosza, osoby przyzwyczajonej do koncernowej rzeczywistości. Strong jest zaskakujący. Brak w nim wyraźnego posmaku spirytusowego, który jest typowy dla tanich, mocnych lagerów (i wyczuwalny w "słabszym" bracie). Jest za to nieznośne wysycenie oraz irytująca goryczka, oba aspekty zupełnie nieuzasadnione. Ogólnie wychodzi na to, że mocarny Argus jest zupełnie niepijalny. Premium pić się da, ale mogłoby być lepiej.

Ocena:
3-/5 dla Premium (piwo znośne, pasuje do ceny - stąd wysoka ocena)

2-/5 dla Strong (niepijalne, aczkolwiek trzeba docenić za sprytne zamaskowanie mocy)