czwartek, 30 maja 2013

Ocena: Noteckie Jasne i Gniewosz Jasne

Niniejszą konfrontację piwną zapowiedziałem już jakiś czas temu. Nie ukrywałem przy tym, że wyjdzie ona słabo, żeby nie powiedzieć - żałośnie (piwo do oceny zazwyczaj kupuję w dwóch egzemplarzach, pierwsza degustacja nie przesądza jeszcze o nocie finałowej). Dzisiaj usiadłem w spokoju i dałem gontynieckiej drużynie jeszcze jedną szansę. Było lepiej, ale dalej nic ponad przeciętną.


Do rzeczy:
Kolor: W obu przypadkach piwa są całkowicie przejrzyste, jak to polskie jasne. Gniewosz wydaje się bardziej żółty, Noteckie delikatnie wpada w bursztyn. Nie sugerujcie się jednak drugim zdjęciem - nie oddaje sprawiedliwości (a w zasadzie, aż nad to) napitku z Czarnkowa - w rzeczywistości jest jaśniejsze.
Piana: Oba piwa nalewają się z niziutką, ledwo zauważalną pianą, która szybko redukuje się do wąskiej obwódki. Ogólnie wygląda ona średnio, dobrze jednak, że chociaż zostawia ładne ślady na szklance.
Zapach: W obu przypadkach jest kiepsko. Ogólnie aromat nie jest zły, lekko chmielowy, typowo piwny. Gdzieś tam jednak, "na końcu" nosa czuć nienaturalny, kwaśny (owocowy) zapach, lekko alkoholowy.
Smak: Podobnie jak z zapachem - wszystko jest w porządku do pewnego momentu. Po chmielu i delikatnej goryczce pozostaje dziwny posmak, który ja identyfikuję jako "chemiczny". Całe szczęście, po degustacji w ustach nie pozostała kwasowość.
Wysycenie: Oba piwa leniwie pracują w szklance. Ich nasycenie jest, co widać z resztą po pianie, raczej średnie - w stylu, choć stosunkowo niskie.
Opakowanie: Dwa bączki, bliźniaczo do siebie podobne. Nawet kapsle, choć różne w kolorze i opisie, wyglądają jak z jednej rodziny. Osobiście bardziej podoba mi się etykieta Noteckiego. Obu napitkom zabrakło kontretykiet oraz krawatek.


W piwnym Internecie spekuluje się, czy Gontyniec nie oszukuje i rozlewa ten sam produkt do różnych butelek. W przypadku Noteckiego oraz Gniewosza identyczne było prawie wszystko, za wyjątkiem koloru. Podobnie też wypada ich ocena - oba słabe, choć Noteckie, ze względu na mocniejszy charakter i słabszą "ścierkowatość" wypada tutaj lepiej. Dobrze, że tym razem nie piłem dla kontrastu dobrego jasnego piwa (poprzednio Złote Lwy), bo cenzurka byłaby jeszcze niższa.

Ocena: 2+/5 (pijalne, ale lepiej kupić koncerniaka niż zrażać się do piw regionalnych)

poniedziałek, 27 maja 2013

Na szybko: Obolon Pszeniczne i Pszeniczniak (Amber)

Ostatni weekend minął pod znakiem nieciekawych prognoz pogody. Niestety, większość z nich sprawdziła się i skutecznie pokrzyżowała grillowe plany milionów krajanów. Całe szczęście - nie nasze! Pomimo chłodu oraz siąpiącego deszczu trafiliśmy na niezwykle sympatyczne spotkanie z rusztem w tle. Ponieważ była to niedziela, a ja dopiero zbierałem siły po meczowej sobocie, zakupy zrobiła Marta. Powiedziałem jej tylko, żeby jakieś pszeniczne wybrała, "może być nawet polskie, jakoś to przeżyję".


Pierwszy był Obolon Pszeniczny, czyli klasyczny weißbier ważony na Ukrainie. Na początku miałem zastrzeżenia co do opakowania, które bardziej pasuje do pilsa. Etykieta oraz cała reszta oprawy utrzymana jest w stylu wschodniego browaru, nie spodobało mi się jednak, że trunek został przelany do zielonej butelki. Ponieważ są to jednak odczucia bardzo, ale to bardzo subiektywne, nie zaliczam tu minusa. Po zdjęciu kapsla wszystko poszło tak jak oczekiwałem - pszeniczna wersja Obolona ładnie pachnie, wygląda poprawnie i pochwalić się może świetną pianą. W smaku też jest dobra, choć brakuje jej tego czegoś, co znalazłem w lepszym Białym.

Drugi był Pszeniczniak. Piwo od Amberu wlewane jest w ciekawe, nadrukowane butelki - bardzo podobne do Koźlaka od tego samego browaru. Nie szata jednak zdobi piwo, lecz jego treść. Ku mojemu zdziwieniu, Pszeniczniak nalał się z wysoką, gęstą i bardzo trwałą pianą. Kolor był również zachęcający, żółty i nieprzejrzysty. W zapachu napitek jest bardzo delikatny, wyczuć w nim można lekki aromat owocowy oraz nieznaczną słodowość. W smaku podobnie - pszeniczność oraz majaczące w oddali cytrusy. Ogólnie rzecz biorąc, bardzo płasko, z kwaśnym posmakiem. Ujęła mnie jednak pijalność tego piwa - pomimo znaczącego wysycenia, Pszeniczniak charakteryzuje się aksamitnością kojarzącą się z dobrymi witami.

Tyle weekendowych podbojów. Postaram się opisanym w skrócie piwom przyjrzeć, ze szczególnym uwzględnieniem naszego polskiego wyrobu. Tymczasem wygospodaruję sobie czas na ocenę gontynieckiej ferajny: Gniewosza Jasnego i Noteckie Jasne. Oczywiście, o ile jeszcze raz uda mi się wmusić w siebie te "niezwykłe" piwa.

piątek, 24 maja 2013

Ocena: Franziskaner Hefe-Weissbier Naturtrüb

Dzisiaj nadszedł czas, aby w końcu otworzyć następne pszeniczne prosto z Niemiec. Wybór padł na Franziskanera - piwo, które często przewija się w dyskusjach o najlepszych napitkach tego gatunku. Ekskluzywna, elegancka butelka oraz podkreślająca te wrażenie (wysoka) cena, pozwalały mieć nadzieję, że będzie świetnie. Niestety, było tylko dobrze.


Do rzeczy:
Kolor: Naturtrüb od Franziskanera ma kolor pasujący bardziej do dunkela - złocista żółć wpada w bursztyn. Piwo jest nieprzejrzyste i mętne, ale ciekawie rozświetla się oglądane pod światło. Ogólne wrażenie bardzo dobre.
Piana: Przy nalewaniu dosłownie wystrzeliła do góry, można było ją bardzo łatwo przelać. Drobna, niezwykle wysoka i bardzo nietrwała - szybko zaczęła pękać dużymi pęcherzami. Od połowy szklanki opadła zupełnie - został jedynie pierścień, który przypominał o sobie lichymi śladami na szklance.
Zapach: Franziskaner jest bardzo wyraźnie słodowy, wręcz chlebowy. Czuć w nim delikatną nutę bananów, ale mówiąc w skrócie - aromat jest dość płaski, choć zachęcający.
Smak: Piwo jest delikatne, bardzo lekkie - odrobinę gorzkie i kwaskowate, a przede wszystkim słodowe. W posmaku czuć smaki korzenne (nie mylić z palonymi), chlebowe i... kukurydziane. Ciężko mi było w to uwierzyć, ale faktycznie, miałem po łyku wrażenie, jakbym spróbował prażonego popcornu. Nie jestem pewien jak sprawa ma się w tej kwestii z weissbierami, ale i tak zaliczam tutaj mocny minus.
Nasycenie: Dość wysokie. Gdy dałem spróbować Marcie, od razu powiedziała, że "gazowane". Faktycznie, Franziskaner jest mocno wysycony, ale nie umniejsza to jego pijalności - moim zdaniem, w sam raz na ten styl.
Opakowanie: W zasadzie nie mam się do czego przyczepić. Etykieta klasyczna, z postacią eleganckiego jegomości. Wrażenie robi krawatka, a w zasadzie papier (tzw. złotko), którym owinięta jest szyjka oraz kapsel. Tak powinno wyglądać piwo typu premium! Jedyne czego mi brakowało, to opis po polsku. Wiem, że to import, ale jeśli znalazło się miejsce dla rodzimego "Data wyprodukowania" wypisanego na kontretykiecie, to zakładam, że można było też przetłumaczyć skład.

Nie ukrywam, że moje oczekiwania wobec Franziskanera były wysokie. Jak się okazało, aż nazbyt. Nie chcę być źle zrozumiany - to przecież pyszne piwo. Niestety, w moim odczuciu, wyraźnie gorsze od Paulanera. Nic więc nie uzasadnia wysokiej ceny (ponad 7 zł) oraz nie usprawiedliwia dość poważnych, choć trudno zauważalnych wad. Ze względu na oprawę. polecam birofilom.

Ocena: 4-/5 (dobrze, ale miało być zdecydowanie lepiej)

PS. Znowu sam wykonałem zdjęcie - nie wiem, czy powinienem je robić. W takiej jakości... :)

wtorek, 21 maja 2013

Jak obchodzić się z piwem (w domu)?

Piwo zyskuje powoli w Polsce status trunku, który służy nie tylko do zapijania imprezowej nocy. Z tego względu, różni fachowcy i firmy próbują nauczyć konsumentów większej ogłady. Pojawiają się filmiki instruktażowe, pokazy oraz wrażliwe na temperaturę nalepki - wszystko po to, żeby napitek smakował nam lepiej niż kiedyś. Dzisiaj i ja podzielę się kilkoma radami w tej kwestii. Zaznaczam jednak, że choć tytułuję się piwoszem domowym, do eksperta mi daleko. Może to i lepiej, mam większy margines błędu i mniej obsesyjnego wypaczenia. Jakbym się gdzieś znacząco pomylił - dajcie mi proszę znać.

Jak nalewać piwo?

Podstawa odpowiedź jest prosta: tak, aby nalać z odpowiednią pianą. Jaką wysokość ma poprawna korona, czyli bąbelkowa czapa? Tutaj niespodzianka - wcale nie musi być na "dwa palce", wszystko zależy od gatunku (oraz stylu nalewania)! Mocno nasycone pszeniczniaki lubią iść do góry, z kolei spokojne, palone ciemne najczęściej szybko opada.  Prawidłowa technika ogranicza się do trzymania szklanki pod kątem i odpowiedniego jej wyprostowania pod koniec. Każdy kto kiedykolwiek serwował gazowane napoje powinien wiedzieć, o co chodzi. Przy nalewaniu pozostają jeszcze takie niuanse jak to, czy szyjka butelki powinna być oparta o szklankę. Zgaduję, że większość czytających pomyślał sobie: "jasne, że nie". W zasadzie macie rację, chociaż nie we wszystkich przypadkach - Paulaner poleca na kontretykiecie podpieranie. Radzę więc traktować piwo z dystansem, to nie jest przecież woda święcona, i oprócz zdrowego rozsądku, kierować się zaleceniami browaru.

W jakiej temperaturze podawać piwo?

Ostatnio w telewizji zauważyłem, że hitem Żywca jest termowrażliwa naklejka. Korona na etykiecie pokazuje, kiedy temperatura piwa spada do odpowiedniego poziomu. Osobiście uważam ten pomysł za jeden z największych absurdów marketingowych ostatnich lat - prawdopodobnie przyda się nieszczęśnikom, którzy stracili zmysł czucia. Ogólnie powiedzieć można, że im piwo lżejsze (pod względem mocy lub walorów smakowych) tym chłodniejsze powinno być na otwarciu (w okolicach 10 stopni). Z mocniejszymi i cięższymi jest odwrotnie - spokojnie można je podawać w temperaturze niewiele niższej niż 18-20 stopni. Ja przyznam się jednak (i narażę browarowym purystom), że sam zazwyczaj smakuję piwo prosto ze sklepowej półki lub mojej zaciemnionej szafki. Jak to bywa z każdym napojem, podczas ogrzewania zmieniają się właściwości smakowe napitku. W moim przypadku przegrywają wrażliwe zęby i wygrywa chęć zaczynania w pełni aromatu. Jedno jest jednak pewnie, nigdy, ale to przenigdy nie zostawiajcie piwa na słońcu - zabijecie wszystko, czym staje się podczas fermentacji.

Do jakiego szkła nalewać piwo?

Całe szczęście, piwo podaje się w kilku rodzajach szklanek. Mamy więc rubaszne, kojarzące się z Bawarią kufle, iście polskie, wyprofilowane wysokie szklanki, oraz bardziej wysublimowane pokale wyglądające prawie jak kieliszki. Co kraj i gatunek to obyczaj! Nazbyt upraszczając, można podać kilka przykładów: pszeniczne w wysokich, "stożkowych" pokalach, portery w pękatych szklankach lub "kielichach" oraz pilsy w kuflach lub na eleganckiej nóżce. Firmowane szkło często dobierane jest przez samego producenta i traktować je należy jako swoistego rodzaju opakowanie, sposób na ekspozycję i prezentację piwa. Nie ważny jest więc kształt szklanki, ważne jest po prostu, żeby przelać trunek z butelki. Dopiero na wolności piwo zaczyna pracować i zmieniać swoje walory podczas degustacji!

Jak smakować piwo?

Temat rzeka. Najbardziej banalna, ale zarazem trafna, będzie następująca rada: po swojemu. Dopiero z doświadczeniem można poprawnie identyfikować podstawowe smaki: słodki, kwaśny, gorzki. Potem przychodzi czas na łączenie konkretnych nut ze składnikami lub procesami produkcji, tak pojawia się "owocowy", "słodowy", "chmielowy", "maślany", "wędzony" i wiele, wiele innych. Ważne jest, aby piwo próbować świadomie i ciągle wyrabiać w sobie wyczucie - ja jestem dopiero na początku tej drogi, ale już wiem, że łatwo nie będzie. Należy także zwracać uwagę na ogólną "pijalność", czyli "fajność spożywania" piwa. Na nią składać może się np. nasycenie, poziom goryczki oraz posmak (finisz). Jeśli chodzi o aspekty techniczne, metod jest kilka: mieszanie, przykrywanie, rozcieranie w palcach i inne. Ja polecę tylko, żeby czasem wyłączyć niepotrzebne zmysły i skupić się na piwie - zatykanie nosa można praktykować tylko prywatnie i w sytuacji, gdy brakuje nam umiejętności w języku - inaczej narazimy się na śmieszność.

Podsumowując, piwo w zasadzie można pić jak się chce. Jakbym miał zasugerować tylko jedną rzecz, to przypomniałbym  o przelewaniu do szklanki. Mimo wszystko, napitek w butelce nie cieszy tak bardzo. Reszta zastrzeżeń i niepisanych ceremoniałów do każdego piwosza dotrze w swoim czasie, pod wpływem rosnącego doświadczenia i smaku. Nie popadajmy jednak w skrajności - piwo nigdy nie było zarezerwowane wyłącznie dla sfer wyższych: kapłanów oraz władców, podobnie bawili się dzięki niemu pospolici. Można więc zestawić je z piedestału i doceniać w sposób prosty. 

niedziela, 19 maja 2013

Na szybko: Obolon Białe, Perła Chemielowa, Kaper

Sezon grillowy w pełni - komary nie znają litości, ale i tak nie potrafią odwieść od poświęceń największych amatorów pysznego jedzenia. Wczoraj mieliśmy z Martą przyjemność uczestniczyć w świetnym spotkaniu (kurczak, kaszanka, kiełbaski, ziemniaczki oraz... krewetki!), które było sowicie zakrapiane różnego rodzaju trunkami. W tym piwem, w szerokim zakresie gatunkowym: poczynając od pilsów, poprzez lagery, a kończąc na pszenicznych.

Nawiązując do tytułu i skracając konieczność czytania do minimum: dwa razy tak, raz zdecydowane nie.


Ponieważ na starcie warto się orzeźwić, pierwsze w kolejce było Obolon Białe. Piwo w stylu belgijskiego witbiera, aczkolwiek ważone na Ukrainie. W dodatku w niezłej cenie - porównywalnej z Paulanerem, z tym, że za odrobinę większą objętość butelki (500 ml zamiast 400). Napitek charakteryzuje się jasnym, nieprzeniknionym kolorem oraz trwałą, choć niezbyt spektakularną pianą. W zapachu to co najważniejsze, czyli kolendra. W smaku czuć wyraźnie słód oraz nuty owocowe - głównie w kierunku cytrusów. Nasycenie stosunkowo wysokie, piwo mocno pracuje, ale wcale nie zmniejsza to jego dużej pijalności.

Ponieważ frykasy z rusztu często potrzebują kontrastu dla smaku, drugim piwem była Perła Chmielowa. Koncernowe dzieło w kierunku lepszego przyprawienia oraz znaczącej goryczki. Faktycznie, da się w zapachu tego piwa wyczuć pewną chmielowość. Smakuje poprawnie - jest dość gorzkie, chociaż chciałoby się tej goryczki odrobinę więcej. Kolor ładny, złocisty, lekko wpadający w ciemniejszy bursztyn. Piana dość gęsta, ale bez rewelacji, zachowuje się jak w większość złagodzonych piw dużych marek. Ogólnie rzecz biorąc, warto kiedyś spróbować.

Na koniec, dla polepszenia humoru oraz zasmakowania większej mocy - Kaper, czyli ciemny lager od Grupy Żywiec z zaskakującą zawartością alkoholu: 8,7%. Piwo nalało się z niezłą, drobną i wysoką pianą. Kolor również okazał się zachęcający: napitek jest ciemno bursztynowy, wpadający w czerwień. Niestety, już pierwsze zaciągnięcie się aromatem zapaliło u mnie lampkę ostrzegawczą. Woń, albo smrodek tego piwa jest wyraźnie alkoholowy - reszta nut jest w zasadzie przysłonięta. W smaku podobnie, czuć gorycz, ale jest ona od razu przyćmiewana procentami. Tak jakby ktoś "przyprawiał" Kapera spirytusem. Ze względu na błyskawiczne skojarzenie z obrzydliwym Maxiumusem - nie polecam nikomu, nawet fanom mocnego picia.

W ten weekend miałem też okazję spróbować Klasztornego od Manufaktury (wspominałem o nim już wcześniej) oraz mojego (niegdyś) ulubionego Belfastu (także z Jabłonowa), który nie jest już (aktualnie) moim ulubionym. Jednak te marki, oraz obiecywanego Franziskanera, zostawię sobie na przyszły tydzień. 

piątek, 17 maja 2013

Na szybko: Altbier z Manufaktury Piwnej

Tak jak wczoraj prezentowałem, w moje ręce wpadł Altbier. Dzięki ciekawej etykiecie produkt Browaru Jabłonowo już wcześniej rzucał mi się w oczy, ale nigdy nie miałem odwagi, aby zaryzykować spożycie. Było to spowodowane tym, że tak naprawdę nie znam tego stylu piwa - nie wiedziałem więc, na co zwrócić uwagę. Ponieważ wczoraj przemówiła do mnie stosunkowo atrakcyjna cena, postanowiłem jednak spróbować.


Piwo nalało się z solidną, dość grubą pianą - idealnie pod krawędź szklanki. Kolor ciemno-miedziany, dość przejrzysty. Piana trzymała się dość dobrze, aczkolwiek ze względu na przedłużoną degustację, w połowie nie zostało z niej nic, nawet pierścień przy ściankach. Przyznam szczerze, że miałem problem z rozpoznaniem zapachów oraz smaku. Jak udało mi się ustalić na forum i w recenzjach bardziej doświadczonych piwoszy: jest w nim wyraźny słód, odrobinę chmielu i kilka nut. Ja wyczułem lekko ziołowy chmiel oraz delikatny ślad po palonym karmelu. Na pewno można w tym piwie zidentyfikować dość mocną goryczkę i pozostający w ustach posmak chlebowo-kwasowy. Myślę, że moje podniebienie musi posmakować większej ilości trunków z tego gatunku, żebym mógł w tej kwestii napisać coś wiarygodnego. Nasycenie wydaje się sensowne, raczej średnie - widać jak piwo delikatnie pracuje w szklance.

Ogólnie rzecz biorąc, Altbier przywiódł mi na myśl jaśniejsze, miedziane rodzaje Koźlaków. Na pewno daleko mu od Piwa na miodzie, które jest hitem serii. Produkt z Manufaktury nie rozczarował ani nie zachwycił, jeszcze kiedyś go spróbuję, może nawet ocenię. Polecam tym, którym niestraszna goryczka oraz piwa cięższe, bardziej treściwe.

Źródło obrazka: http://manufakturapiwna.pl/wp-content/themes/manufaktura/altbier.html

czwartek, 16 maja 2013

Na szybko: Perlenbacher Premium Pils i kolejne marki do wypicia

Dzisiaj mieliśmy z Martą okazję zjeść pyszny, rodzinny obiad. Po deserze przyszedł czas na napoje - zostałem uraczony Perlenbacherem, o którym wiedziałem tylko tyle, że jest produkowany dla niemieckiego Lidla.


Ponieważ nie miałem chęci ani sposobności na odświętną degustację, opiszę swoje wrażenia tylko w skrócie. Piwo ma kolor jasny, lekko złocisty i całkowicie przejrzysty. Nalewa się z dość wysoką, białą pianą. Przy drugiej kolejce udało mi się ją przelać, bo piwo wcześniej delikatnie pobudziłem w butelce. Gruba czapa szybko opada, ale odrobina piany została do końca pokala o pojemności 330 ml. Myślę, że to niezły wynik - nasycenie jest wysokie, ale nie przeszkadza. W zapachu oraz smaku Perlenbacher jest przyjemnie chmielowy. Brak tutaj ferii aromatów czy posmaków, jest za to wyczuwalna, dobra goryczka. Co najważniejsze, w ustach nie pozostaje wrażenie sztuczności, które często towarzyszy tanim markom - pils z Lidla smakuje naturalnie.

Biorąc pod uwagę cenę, można ze spokojnym sumieniem powiedzieć, że Perlenbacher to niezłe piwo, któremu warto dać szansę. Zastanawia mnie tylko kwestia jego klasyfikacji - czy jest to pils, jak sam producent sugeruje, czy raczej lager, jak określają go polscy piwosze-blogerzy. Jak mniemam, nie każdy pilzner niemiecki musi być tak intensywny jak czeski, ale odpowiedź na to pytanie pozostawię sobie do czasu skończenia ocen piw górnej fermentacji.


Po spotkaniu wpadliśmy do sklepu i wybraliśmy sobie parę piw do spróbowania. Marta, za moją drobną sugestią, postawiła na Klasztorne z Manufaktury Piwa oraz Corneliusa Grejpfrutowego. Ja wybrałem Altbier (także z Manufaktury) i wyczekiwanego Franziskaner Weissbier. Kolejnego pszeniczniaka zostawiam sobie jednak na jutro - dziś dla przyjemności spróbuję chwalonej serii Browaru Jabłonowo.

Źródło obrazka: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Perlenbacher.3.beers.JPG, drugie jest moje :)

środa, 15 maja 2013

Ocena: Paulaner Hefe-Weißbier Naturtrüb

Nadszedł czas na moje najnowsze odkrycie. Paulaner uważany jest za ojca i matkę wszystkich niemieckich pszenicznych - przynajmniej tyle udało mi się ustalić w odmętach internetu. Faktycznie, różnica pomiędzy napitkiem z Bawarii, a naszymi polskimi wynalazkami jest drastyczna. Kiedyś odbiłem się od tego gatunku, teraz mam nadzieję spróbować piw jeszcze lepszych!


Do rzeczy:
Kolor: Zasadniczo żółty, ale jak się przyjrzeć, to wpada w bursztyn. Piwo jest mętne, nieprzejrzyste i zachęcające - nie wygląda jak parę z naszych "niefiltrowanych", które nie kojarzą mi się zbyt dobrze.
Piana: Rewelacyjna! Piwo nalałem do zwilżonej szklanki, zgodnie z tajemną sztuką opisaną na kontretykiecie - zamieszana końcówka wypełniła całe pozostałe miejsce. Czapa wysoka, z drobnej, gęstej piany. Później zredukowała się do grubego kożucha, który przy kolejnych łykach pozostawiał trwałe pajęczyny na ściance.
Zapach: Dobrze wyczuwalny, ale nienachalny. Da się poznać wyraźne nuty owocowe oraz zapach słodu pszenicznego.
Smak: Być może zaczynam się powtarzać, ale znów pochwalę: świetny. Piwo nie jest słodkie, ale mimo wszystko lekkie - czuć w nim delikatną, chmielową goryczkę. Po spróbowaniu pozostaje w ustach subtelny kwaskowaty posmak, pewnie ślad po owocowym aromacie.
Nasycenie: Stosunkowo wysokie, po nalaniu widać, jak piwo pracuje. Później się zmniejsza, ale trunek do końca degustacji pozostaje orzeźwiający.
Opakowanie: Prosta butelka 400 ml, etykieta oraz krawatka w bardzo stonowanym i jednocześnie eleganckim stylu. Paulaner nie wyróżnia się zbytnio na sklepowych półkach, ale ma w sobie to coś. Ponieważ dystrybucją napitku zajęła się Grupa Żywiec, wszystkie informacje na kontretykiecie są w naszym rodzimym języku.

Nie będę ukrywał: jako całkowity nowicjusz w świecie (dobrych) pszeniczniaków, jestem zachwycony Paulanerem. Z tego co już wiem, przebierając dalej w markach niemieckich i belgijskich mogę trafić na kolejne, równie dobre lub lepsze piwa. Hefe-Weißbier Naturtrüb polecam każdemu, kto chciałby zaznajomić się z tradycyjnym piwem górnej fermentacji. Jest to miła odmiana od niezliczonych lagerów.

Ocena: 5/5 (dobre piwo godne polecenia)

Źródło obrazka: http://pl.paulaner.com/piwa-paulaner/hefe-weissbier-naturtrueb

Piwne podboje we Wrocławiu

Trochę późno się do tego zabrałem, ale chciałbym opisać naszą majówkową wizytę we Wrocławiu. Szczególnie pod względem alkoholowym.


Ponieważ zatrzymaliśmy się zaraz przy Starym Mieście ("rzut mostem" od Uniwersytetu) nasze perypetie lokalowe ograniczyły się głównie do tej dzielnicy. Pierwszego wieczoru trafiliśmy do Zakładu Usług Piwnych - pubu o niezwykle wysokich ocenach w Gastronautach. Jak się okazało, całkiem uzasadnionych! ZUP mieści się w klimatycznej piwniczce, z dala od rynkowego zgiełku i fal turystów. Głównym atutem tego miejsca jest jednak 10 niespotykanych piw, wszystkie podpięte pod nalewaki!

Przyznam szczerze, że byłem onieśmielony tym miejscem. Po prostu nie wiedziałem co wybrać. Całe szczęście, dodatkowe opisy pozwoliły mi zdecydować się na Murphy's - stouta irlandzikiego do szpiku kości. Z pomocą w kwestii piwa dla Marty przyszedł mi barman, który zaproponował Limburgse Witte - belgijskiego pszeniczniaka, czyli witbiera. Jakie wrażenia? Irlandzkie ciemne bardzo dobre, chociaż utwierdziło mnie w przekonaniu, że porter bałtycki jest majstersztykiem. Wielkim zaskoczeniem było natomiast niezwykle smaczne pszeniczne, jak się później okazało - doceniane i pochodzące z małego browaru.

Dnia drugiego ruszyliśmy do Cegielni, która mieści się w galerii na rogu Nożowników oraz Więziennej. Niestety, lokal okazał się bardziej restauracyjny niż pubowy, więc ostatecznie przenieśliśmy się do Coolturki. Tam powitało nas ciekawe, trochę klubowe wnętrze na parterze i prawdziwie pubowa, murowana piwnica. Marta wybrała Warkę a ja postawiłem na Paulanera (tym razem niemiecki weißbier). Wstyd się przyznać, ale piłem to piwo pierwszy raz i... trafiłem na miłość od pierwszego wejrzenia. Po nieciekawych przejściach z polskimi pszeniczniakami kompaniowymi w końcu poczułem ten gatunek piwa.

Kończąc wywód obiecuję, że przedstawione piwa postaram się zdobyć i ocenić. A tak poza tym - gorąco zapraszam do Wrocławia: Zakład Usług Piwnych to klasa sama w sobie, a w innych lokalach, choć mniej oryginalnie, to chociaż ceny atrakcyjne (w porównaniu do tych ze stolicy).

Źródło obrazka: http://www.zakladuslugpiwnych.pl/

wtorek, 14 maja 2013

Ocena: Gniewosz Ciemne

Być może to niefortunny temat, ale ponieważ wczoraj miałem okazję degustować, zacznę blogowanie od piwa niezbyt udanego. Wieczorem, gdy moja ukochana narzeczona przyjechała do domu z dwoma Paulanerami oraz Gniewoszem, byłem zadowolony z jej wyboru - niedawno piłem ichniego Koźlaka i smakował mi na tyle, że znowu powróciłem do tego stylu piwa.



Do rzeczy:
Kolor - Brązowy, wręcz nieprzenikniony. Pod światło uwidacznia się prawdziwa, czerwonawa barwa piwa. Byłem tą obserwacją bardzo pozytywnie zaskoczony!
Piana - Nalał się z niską czapą, bardzo drobną, o kolorze lekko beżowym. Niestety, prysła w oka mgnieniu, na szklance nie pozostał nawet pierścień.
Zapach - Niezbyt przyjemny, z nutami owocowymi. Amatorzy piwa chwalą zapach Gniewosza Ciemnego, ja niestety doszukałem się w nim lekkiego smrodu wymiocin, co jest (jak mi się wydaje) negatywną cechą gatunków ciemnych i mocniejszych.
Smak - Stosunkowo słodki, przypomina stouta, aczkolwiek należy podkreślić, że Gniewosz jest piwem dolnej fermentacji. Po słodyczy zabrakło mi goryczki, która jest, ale w niewystarczającej ilości, przez co piwo wydaje się dość lekkie.
Nasycenie - Niewielkie, ponownie nasuwające na myśl wyspiarskie gatunki ciemne. Jak dla mnie - w sam raz na ten styl.
Opakowanie - Klasyczny bączek (330 ml) budzący miłe wspomnienia - brak kontretykiety oraz krawatki. Na krawędziach etykiety wydrapywana data, czyli kolejny element sentymentalny. Ogólnie prezentuje się ciekawie.

Biorąc wszystko do kupy, wydaje się, że Gniewosz to piwo niezłe, szczególnie że nie trzeba wydawać na niego fortuny. Niestety, ja zawiodłem się głównie na zapachu oraz pianie, przez co do końca smakowania miałem wrażenie, że piję produkt niskiej jakości. Być może jest to spowodowane zawirowaniem wokół tej marki i browarów kontraktowych ją produkujących? Nie wiem, Gniewosza Ciemnego polecam tylko miłośnikom bardziej subtelnych, ciemnych gatunków, którzy lubią bardzo niskie nasycenie.

Ocena: 3/5 (przeciętne)

Źródło obrazka: http://browarczarnkow.pl/nasze-piwa/gniewosz-ciemne/


poniedziałek, 13 maja 2013

Ocena: Miller Genuine Draft

Rozpoczął się sezon grillowy! Ponieważ z Martą mieliśmy już w tym roku okazję pojeść w przydomowym ogrodzie oraz amerykańskiej restauracji (hamburger oraz stek wieprzowy we Wrocławiu, palce lizać) od dłuższego czasu męczyła mnie ochota na jankeskiego lagera. Ofiarą padł Miller, który w Polsce powinien być sprzedawany w kategorii piwo superlekkie.


Do rzeczy:
Kolor: Niesamowicie wręcz jasny. Dla osoby o małym zasobie słownictwa określającego barwy: taki słomkowo-złoty, zupełnie przejrzysty. Wygląda jak nie piwo, ale ponownie trzeba podkreślić, że to inny styl.
Piana: Nalało się się ze średnią czapą, dość gęstą. Później opadła, ale pozostała w śladowej ilości do końca degustacji i przy okazji oblepiała szklankę. Moim zdaniem OK!
Zapach: Mało intensywny, być może odrobinę kwaskowaty, ale bez konkretnych nut do określenia.
Smak: Rzecz najbardziej kontrowersyjna. Dla wielu piwo to jest nijakie oraz rozwodnione. Zgoda, przecież to lekki lager amerykański! Nie czuć w nim słodkości, goryczka na bardzo niskim (śladowy) poziomie - jak dla mnie jednak, w ustach pozostaje pewien posmak, który nadaje temu produktowi miłego charakteru delikatnego piwa.
Nasycenie: Najwyżej średnie. Ogólnie dobrze koresponduje ze smakiem i moim zdaniem jest w sam raz. Przy większej ilości bąbelków byłaby z Millera oranżada.
Opakowanie: Miller faktycznie wygląda jak piwo kategorii premium (330 ml). Ciemne etykiety ze złotymi detalami świetnie korespondują z kolorem napitku w butelce. Niestety, jeden z napisów przynosi lekkie rozczarowanie: piwo jest rozlewane na licencji i przywożone z Włoch.

Nie wiem czemu wszyscy tak czepiają się biednych marek amerykańskich. Jak udało mi się doczytać w Piwopedii: Miller powstał jako pewna alternatywa dla tradycyjnej goryczki piwa. Faktycznie, odmienności odmówić się mu nie da. Polecam tym, którzy będą wiedzieli za co się biorą - trunek bardzo, bardzo lekki (choć pełny z definicji) oraz delikatny. W sam raz do zapicia grillowanego steku!

Ocena: 4-/5 (dobre z pewnymi zastrzeżeniami)

Źródło obrazka: http://cargocollective.com/johnferreira/2008-Miller-Genuine-Draft-BL